
Foto: www.bieliznaband.com
Jarek Janiszewski - wokalista i kompozytor kultowej Bielizny oraz założonej razem z członkami Big Cyca formacji Czarno-Czarni. Konferansjer i autor absurdalnych tekstów, wnikliwie komentujących naszą rzeczywistość. Jedna z najbarwniejszych postaci trójmiejskiej sceny muzycznej, podobnie jak i jego wypowiedzi. Zresztą przeczytajcie sami.
Twoja działalność trwa już od lat 80. Jak czujesz się w dzisiejszym świecie? Czy czegoś Ci brakuje, tęsknisz za czymś z tamtych czasów? Czy uważasz że dzisiejsze czasy są ciekawsze, np. pod względem muzyki czy też sztuki?
Każdy czas ma swoją muzykę i sztukę. Lata 80. były okresem niezwykle przygnębiającym – żałosne sklepy, tandetna gospodarka, niemożność wyjazdu na zachód. Wydawało mi się wtedy, że prawdziwy świat jest gdzie indziej, a my w Polsce stanowimy nic nieznaczące obrzeża. Paradoksalnie, taka marna sytuacja dawała energię, by próbować obejść to całe dziadostwo. Z pomocą przychodził punk rock, który dawał namiastkę wolności. Co ciekawe, okres izolacji sprzyjał dramatycznym poszukiwaniom interesującej literatury i muzyki. Osobnicy wywodzący się z tamtego okresu gigantycznie przerastają klasą dzisiejszych konsumentów kultury. Obecna młodzież to w większości stado internetowych maniaków, przekonanych, że komputerowy świat odpowie na wszystkie pytania.

Foto: www.facebook.com/CzarnoCzarni
"Jarek Janiszewski, lider gdańskiej Bielizny, jest dowodem na fałszywość tezy, że wraz z wiekiem człowiek coraz mniej się buntuje." - czytamy w recenzji ostatniej płyty Bielizny. Jak byś się do tego ustosunkował?
Bunt zawsze był podstawą punk rocka. Kiedyś był on o tyle łatwy, że świat dzielił się na władzę i resztę społeczeństwa. Teksty atakowały komunę jako źródło wszelkiego zła. Po roku 1989, kiedy powoli zaczęła wkraczać demokracja, czarno-biały podział odszedł do lamusa. W tym momencie wiele zespołów się kompletnie zagubiło. Stracili wroga i nie wiedzieli przeciwko czemu się dalej buntować. A rzeczy, z którymi należy walczyć, jest coraz więcej. Obecnie największym wrogiem jest głupota. Jej emanacją są tandetni politycy, namaszczeni przez społeczeństwo ogłupione durnymi serialami. Kiedy oglądam rodzime media, wiem, że tematów na teksty wystarczy mi na najbliższe sto lat.
W swoich tekstach wielokrotnie piętnowałeś otaczającą nas głupotę i prezentowałeś dość szydercze spojrzenie na rzeczywistość. Które z ostatnich wydarzeń najbardziej Cię wkurzyło, a które rozśmieszyło? Co daje Ci inspirację do pisania tekstów?
Ostatnio najbardziej rozbawił mnie szum związany z porozumieniem ACTA. Nikt tak naprawdę nie zna dokładnych zapisów, a protest jest niebotyczny. Organizowane marsze protestacyjne są przykładem zwierzęcego zrywu, w którym nie do końca wiadomo o co chodzi. W przypadku ACTA ludzie zachowują się jak bydło na westernie – wystarczy dwóch kowbojów, by gnać ich przez prerię.
Jestem rozczarowany premierem Tuskiem, który niczym nieporadny chłopiec, poskładał rząd z niedopasowanych klocków. Nie wolno eksperymentować na społeczeństwie. Przy pisaniu tekstów inspiruje mnie absolutnie wszystko – od bagna po opony nocnego autobusu.
Skąd pomysł na połamane rytmy, które istniały w muzyce Bielizny praktycznie od początku? Jakie obecnie są Wasze inspiracje muzyczne? Czy staracie się zachować jakiś konkretny styl, czy też Wasza muzyka zmienia się razem z Waszymi fascynacjami?
Fascynacja połamanymi rytmami wynika z zamiłowania do folkloru bałkańskiego. Przykro to przyznać, ale polska muzyka ludowa jest przeraźliwie nudna. Stylistycznie ogarniamy wiele obszarów muzycznych. Jeżeli ktoś posłucha płyt Bielizny, znajdzie tam twardego punk rocka, reggae, acid jazz, a nawet melancholijne ballady. Moim idolem zawsze był Frank Zappa, który potrafił zagrać absolutnie wszystko. Dla mnie ograniczeniem muzycznym jest tylko moja wyobraźnia.
Ostatnio podczas festiwalu OFF prezentowaliście w całości Wasz debiutancki album "Taniec lekkich goryli" - jak czuliście się grając ten materiał i jaka była reakcja publiczności? Skąd pomysł na przypomnienie na żywo tej płyty?
Zaproszono nas na OFF Festiwal, aby przypomnieć tylko i wyłącznie pierwszą płytę. Do dzisiaj gra się nam ją doskonale. Było nam szalenie miło, gdy widzieliśmy żywo reagujących odbiorców, których nie było na świecie, gdy ukazała się ta płyta.
Całkiem niedawno wraz z Bielizną wydaliście płytę „Obrazki z wystawki”. Co w takim razie dzieje się z Czarno-Czarnymi? Jakie są Wasze plany związane z tymi obiema kapelami?
Na razie dzielę swój czas między dwie kapele. Czarno-Czarni szykują się do nagrania płyty „Nudny świat” w wersji angielskiej. Jeden z utworów z płyty spodobał się amerykańskiej wytwórni i w marcu wchodzimy do studia by nagrać cały krążek z udziałem amerykanki Holly Shepherd. Czarno-Czarni, Bielizna grają koncerty, wydajemy kolejne płyty. To wszystko wymaga niezwykłego zaangażowania i pracy, ale mimo to mam wciąż energię by tworzyć. Wkrótce startuje trzeci projekt – Wylkołak. Ortodoksyjni fani często zarzucają mi, że się skomercjalizowałem, grając w zespole Czarno-Czarni. Ja natomiast uważam, że granie w wielu różnych formacjach jest cholernie rozwijające. Współczuję tym zespołom, które od trzydziestu lat tłuką te same akordy. Można oszaleć. W tej chwili kończę płytę najnowszego dziecka, czyli Wylkołaka. Będzie to połączenie ska, reggae, daabu i calypso. Wiodącym instrumentem jest akordeon.

Obecnie na czasie jest wydawanie przez rozmaitych muzyków, celebrytów etc. książek z rożnymi wspomnieniami, wywiadami. Czy myślałeś kiedyś żeby zebrać wszystkie swoje przemyślenia i wydać je właśnie w takiej formie?
Rok temu ukazała się książka, którą napisałem wspólnie z Krzyśkiem Skibą i Pawłem Konnakiem. Są to wspomnienia z niezależnej działalności artystów Trójmiasta. Stanowią hołd dla moich przyjaciół, którzy w większości dawno porzucili granie. Od wielu lat noszę się z pomysłem wydania swoich krótkich opowiadań, ale są tak głupie, że trudno będzie znaleźć wydawcę.
Pompowanie swojej twórczości poprzez wydawnictwa ma sens w przypadku legendarnych twórców. Chętnie przeczytam wspomnienia Roberta Brylewskiego albo Tomka Budzyńskiego. Niestety, prawda jest taka, że najczęściej swoje dokonania opisują żałośnie nieciekawe jednostki.
Niezwykle popularne stały się programy w stylu "X-Factor" czy też "Idol". Jakie masz zdanie na temat tego rodzaju prezentowania publicznie własnej twórczości?
Gdyby w Polsce istniał normalny rynek muzyczny, takie programy byłyby niepotrzebne. Niestety, przy braku niezależnych firm płytowych i stacji radiowych zdarza się, że takie programy są jedyną szansą dotarcia do odbiorcy. Smutne jest, że debiutanci muszą śpiewać tandetne przeboje, aby zaistnieć.
Czy uważasz, że w dzisiejszych czasach trzeba głośno krzyczeć, by zostać zauważonym? Czy artysta który szokuje i jest kontrowersyjny ma większą szansę na popularność?
Problem tkwi w publiczności, a nie w artystach. Polski odbiorca nie jest w stanie samodzielnie ocenić, czy muzyka, której słucha, jest dobra. Czasami skandal jest jedyną możliwością zwrócenia na siebie uwagi. Chętnie poszedłbym na występ dziewczęcej punkowej formacji, która zagra nago.
Gdybyś mógł się podzielić swoim doświadczeniem z młodszymi muzykami i przestrzec ich przed jakimś swoim błędem, znalazłbyś coś takiego?
„Wujek dobra rada” mówi tak: stawianie na muzykę jako główne źródło utrzymania, jest szalenie niebezpieczne. Warto pomyśleć o solidnym wykształceniu i doskonaleniu różnych innych umiejętności. Liczenie na wsparcie ze strony krnąbrnej publiczności może okazać się zgubne. Rozsądne stworzenie ma zawsze kilka nor. Jedno jest pewne – zawsze warto tworzyć, choćby dla własnej satysfakcji.
Pytania: Krzysztof Stachowiak, Jakub Sommerfeld
Znani dla FZ