Już za tydzień rozpoczynają się w Głogowie Międzynarodowe Głogowskie Spotkania Jazzowe - gościem specjalnym wydarzenia będzie Jan Ptaszyn Wróblewski. Zachęcamy do lektury wywiadu ze jednym z największych popularyzatorów jazzu w Polsce..."Muzykom polecałbym przede wszystkim jedną rzecz. Mianowicie, nie lekceważmy tradycji. Sięgnijmy do korzeni gatunku, czeka tam na nas wiele interesujących spraw, których poznanie na pewno nie przeszkodzi nam w realizowaniu nawet najbardziej awangardowych pomysłów. Wręcz przeciwnie, pomoże nam ogromnie. I jeszcze jedno. Na jazzie nie da się zrobić wielkiego majątku. To obowiązuje na całym świecie i tylko największe gwiazdy były pod tym względem dobrze ustawione i kompletnie niezależne. Co natomiast ważne, to, że przy graniu jazzu ma się ogromną przyjemność. I to jest najważniejsze. Więc nawet, jeśli nasze granie ma wyłącznie wymiar amatorski, pomyślmy ile mamy z tego przyjemności. Róbmy sobie fajnie."
Czas płynie nieubłaganie, w kółko coś się zmienia a życie nabiera tempa. Zmienia się też muzyka. Spytam, więc naiwnie, czy jazz uległ w jakimś stopniu ewolucji od czasów, gdy Pan zaczynał?
Zmienił się na pewno. Poszedł w różnych kierunkach, ale taki właśnie jest ten gatunek. Bardzo dobrze, że jest taka różnorodność, bo każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Zmiany są przeogromne i nie zawsze idą w kierunku, który mnie interesuje. Moje zainteresowania muzyczne też są jednak gdzieś eksponowane, więc nie narzekam.
Przychodzi Panu do głowy jakaś konkretna różnica?
Na pierwszy rzut oka nasuwa mi się taka kwestia, że ten dzisiejszy jazz jest, nie wiem, czemu, taki okropnie smutny. Jest w prawdzie paru bardziej optymistycznie brzmiących muzyków, ale zdecydowaną przewagę mają nastroje melancholijne, wydumane. Mnie natomiast jazz kojarzył się zawsze z czymś, co przyciąga słuchacza, nawet tego, nie specjalnie przygotowanego. Tak było choćby w moim przypadku. Nie musiałem wciągać się w jazz, bo to on wciągnął mnie. Jazz zawsze był dla ludzi i taki pozostanie. To jest jednak wyłącznie moje spojrzenie. Tak już mi zostało i zawszę będę faworyzował tego rodzaju, bardziej tradycyjne, kierunki.
Mimo to, innych gałęzi nie będzie Pan potępiał...
Zawsze skłaniałem się ku tendencji, że nie można potępiać czegoś, tylko, dlatego, że nam się nie podoba. Polecam takie podejście słuchaczom. Jeśli ktoś nie gra tak, jak byśmy chcieli, to nie ?wieszajmy na nim psów?. Prawdopodobnie ten człowiek wie, o co mu chodzi i na pewno trafi do innych odbiorców. Uważam, że jazz wszelkich innych maści rozwinął się szalenie. Przede wszystkim muzycznie. To są czasami rzeczy tak niezmiernie trudne do zrealizowania, że tylko muzyk jest w stanie tak naprawdę, i do końca, to ocenić.
Wśród tak wielu twórców nie ma szans, by nie trafiło się jakieś ?zgniłe jabłko?, nie sądzi Pan?
Jeśli o tym mowa, to muszę przyznać, że wraz z napływem rozmaitych, nowych prądów, pojawiają się ludzie, którzy próbują żerować i przy okazji troszkę oszukiwać. I to jest rzecz, która bardzo mnie razi. Sytuacja, gdy znam muzyka, o którym wiem, że ma znacznie większe możliwości, niż te, które pokazuje, a działa tak świadomie tylko po to, żeby zarobić i przebić się dalej. Dlatego drodzy moi czytelnicy, największe zaufanie miejcie do swoich uszu. Przy czym nie potępiajcie wszystkiego innego, co wam się nie podoba, bo być może na wiele tematów będziecie musieli swoje zdanie w życiu zmienić. Tak jak i ja zmieniałem przez lata.
Co sądzi Pan o niezależnej scenie jazzowej w Polsce? Bo chyba taką mamy prawda?
Ja nie bardzo wiem, co rozumieć pod pojęciem niezależna. To jeden z tych epitetów, który często wykorzystywany jest, jako usprawiedliwienie. Każdy twórca powinien być niezależny. Jeżeli przestaje taki być, to właściwie kończy się, jako jazzman i zaczyna być muzykiem usługowym, starającym się sprostać gustom mody. Dlatego nie robiłbym tu rozgraniczeń. Wszyscy powinni być wierni swojej niezależności muzycznej, a wtedy ta scena będzie się rozwijać jak należy. Artysta musi po prostu grać siebie, czyli to, co mu odpowiada. Jeśli będzie to robił to, choćby był najbardziej akceptowanym muzykiem, i tak pozostanie niezależny. Tak samo nie cierpię czynić rozgraniczeń na punkcie generacji, bo są muzycy bardzo młodzi, którzy potrafią nawiązać świetny kontakt z weteranami.
Czy w porównaniu z czasami, gdy Pan zaczynał, dzisiejszy rynek muzyczny nie jest bardziej zamknięty na młodych twórców? Oczywiście w kontekście jazzu.
W żadnym wypadku nie. Jednak gdziekolwiek nie popatrzymy, widzimy młodych muzyków. Nawet jak przyjrzymy się Dudusiowi Matyszkiewiczowi, który jest z nas najstarszy, to wokół nie go są młodzi muzycy. Jeśli natomiast rynek się zmienił to pod innymi względami.
Jakimi?
Kiedyś było tak, że ?obojętnie czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy? i koniec. Wszystkich traktujemy równo. Jeśli zagrałeś jakiś koncert, to musisz zagrać następny, aż się cała lista skończy. Szczerze mówiąc nie motywowało to zbytnio muzyka do robienia czegokolwiek ciekawego, czy atrakcyjnego. Ten pułap się dość szybko osiągało i na tym koniec. Cała reszta była już tylko kwestią pasji.
Teraz jest dokładnie na odwrót...
W tej chwili natomiast trzeba o ten rynek walczyć, a to na ogół bardzo dobrze muzyce służy. Ja nie narzekam. Dużym plusem jest też otwarcie granic. Zarówno my możemy pojechać, gdzie tylko chcą nas słuchać, jak i mamy możliwość zapraszania największych gwiazd, światowego formatu. To naprawdę bardzo dużo daje i poprawia kondycję muzyki w naszym kraju. Jeżeli mógłbym na coś narzekać, to tylko na to, że nasze społeczeństwo jest niestety piekielnie biedne. Wielu słuchaczy, uczestników koncertów, to przeważnie ludzie młodzi, których nie zawsze stać na wydanie np. ?stówy? na bilety.
Nie sądzi Pan, że wysokie ceny biletów to wynik słabej sprzedaży płyt? Muzycy muszą przecież z czegoś żyć.
Na całym świecie muzycy żyją przede wszystkim z płyt. Bardzo często grają w klubach za mizerne stawki, tylko po to, by promować swoją płytę. U nas o dziwo jest dokładnie odwrotnie. Za płytę nie dostaje się nieomal nic, natomiast nagrywa się ją, by promować swoje koncerty klubowe, a te kosztują. Trochę to takie pomieszane z poplątanym.
Powiedział Pan wcześniej, że jazz jest muzyką, która powinna wciągać ludzi niemal, że ?z ulicy?. Tymczasem jest to wymagający i nie łatwy gatunek. Czy zatem można się jakoś nauczyć słuchania jazzu, czy zdać się tu raczej na instynkt?
Szczerze mówiąc, nie wiem skąd biorą się - i są uznawane za powszechne - opinie, że jazzu się trzeba nauczyć słuchać. Niczego tak naprawdę nie można nauczyć się słuchać, ? bo niby jak. Można człowiekowi umyć uszy, powiedzieć mu, co jest najciekawsze na świecie, a czy jemu się to spodoba, to zupełnie inna sprawa.
Trzeba to po prostu czuć, tak?
Albo jeszcze prościej ? albo się to lubi, albo się tego nie lubi. I tyle.
Faktycznie, po co te komplikacje. Czy chciałby Pan, tak na koniec, przekazać coś muzykom jazzowym, którzy będą czytać te słowa?
Muzykom polecałbym przede wszystkim jedną rzecz. Mianowicie, nie lekceważmy tradycji. Sięgnijmy do korzeni gatunku, czeka tam na nas wiele interesujących spraw, których poznanie na pewno nie przeszkodzi nam w realizowaniu nawet najbardziej awangardowych pomysłów. Wręcz przeciwnie, pomoże nam ogromnie. I jeszcze jedno. Na jazzie nie da się zrobić wielkiego majątku. To obowiązuje na całym świecie i tylko największe gwiazdy były pod tym względem dobrze ustawione i kompletnie niezależne. Co natomiast ważne, to, że przy graniu jazzu ma się ogromną przyjemność. I to jest najważniejsze. Więc nawet, jeśli nasze granie ma wyłącznie wymiar amatorski, pomyślmy ile mamy z tego przyjemności. Róbmy sobie fajnie.
Wywiad przeprowadził: Sławomir Rapior
Znani dla FZ