
Jacka Bończyka można nazwać prawdziwym człowiekiem renesansu. Aktor teatralny, filmowy i dubbingowy, autor tekstów, scenarzysta i reżyser. Piosenkarz, wokalista i gitarzysta formacji Bończyk/Krzywański. Ostatnio przygotował także wyjątkową płytę „Mój Staszewski”, która była jednym z wielu tematów naszej rozmowy.
Co zainspirowało Pana do sięgnięcia po utwory Stanisława Staszewskiego? Podobno wszystko zaczęło się od spektaklu z jego muzyką, który Pan reżyserował?
Jeszcze w latach 80-tych usłyszałem Baranka i Celinę w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego, starałem się czegoś dowiedzieć o autorze tych piosenek i w ten sposób dotarłem do oryginalnych nagrań Stanisława Staszewskiego. Potem Kazik nagrał w 1992 płyty „Tata1 i 2” i te piosenki w wersjach „kultowych” poznała cała Polska. Parę lat później w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu odbył się duży koncert poświęcony twórczości Staszewskiego, w którym brałem udział. Wtedy też poznałem dokładniej cały materiał i od tego czasu te piosenki gdzieś tam we pulsowały. W ubiegłym roku wyreżyserowałem w Teatrze Syrena w Warszawie spektakl „Nie dorosłem” - oprócz świetnych aktorów tego teatru zagrali w nim: Krystyna Tkacz, Mirosław Baka i Artur Andrus jako Narrator. Po premierze zagadnął mnie mistrz Wojciech Młynarski, że teraz powinienem wejść do studia i osobiście odnieść się do twórczości Staszewskiego – tak też się stało. Płyta miała swoją premierę 13-go stycznia w piątek. Nie był to pechowy dzień.
Czy w pełni identyfikuje się Pan z jego tekstami? Co najbardziej Pana w nich urzekło?
Teksty Staszewskiego są nadwrażliwe i do bólu męskie, przeważnie gorzkie a często autoironiczne. Przy tym są poezją najwyższej próby. Są wypowiedziami dojrzałego faceta, do których i ja musiałem dojrzeć.
Czy uważa Pan ze współczesny słuchacz może się utożsamić z tymi tekstami? Czy są one nadal w pewien sposób aktualne?
Nie zastanawiałem się nad tym szczerze mówiąc. Bardziej zależało mi na tym, żeby przypomnieć tego niedzisiejszego twórcę „peerelowskiego undergroundu” i jego niezwykłe piosenki. Mam nadzieję, że dostaną szansę na jeszcze jedno życie.
Czy utwór „Samotni Ludzie” jest swego rodzaju klamrą, która spina te wszystkie utwory?
Zawsze kiedy biorę się za jakiś materiał staram się wypracować jego osobistą dramaturgię. „Samotni ludzie” to utwór od którego wszystko się zaczyna i kończy. Poza tym Kazik uświadomił mi kiedyś w rozmowie, że to była pierwsza piosenka jego ojca. To jeszcze bardziej podnosi jej wartość znaczeniową.
Jak wiadomo kiedyś za piosenki Staszewskiego zabrał się Kult. Czy starał się Pan stworzyć coś diametralnie innego pod względem muzycznym, mniej rockowego?
Pracowaliśmy z muzykami na podstawie oryginału, wersje Kazikowe odstawiliśmy na bok, bo one są wartością samą w sobie. Chcieliśmy stworzyć własne wersje akustyczne z bardzo dużym naciskiem na wybrzmienie tekstu i jego wyrazistość.
Jaka była reakcja Kazika na Pana projekt z piosenkami jego ojca?
Kazik zareagował z dużą akceptacją i wręcz aprobatą. Był pierwszym słuchaczem naszych wersji. Wiem, że jest zadowolony, a na naszym pierwszym koncercie siedział w pierwszym rzędzie.

Czy zwraca Pan uwagę na to, co dzieje się na współczesnej scenie rockowej? Czy są jacyś wykonawcy, którzy zrobili na Panu szczególne wrażenie ostatnio?
Ostatnia płyta KnŻ „Bar la curva” jeździ ze mną „na wciąż” w samochodzie, wśród płyt Comy i niezmiennie wśród płyt Republiki.
Co obecnie dzieje się z Pana projektem ze Zbyszkiem Krzywańskim? Czy możemy spodziewać się trzeciej płyty?
Ze Zbyszkiem jesteśmy wciąż w pracy związanej z działalnością zespołu Depresjoniści oraz wspólnych projektach teatralnych. Z całą pewnością znajdzie się czas, kiedy podejdziemy do kolejnego wydawnictwa.
Jest Pan także znanym aktorem dubbingowym. Czy podkładanie głosu jest równie trudne, jak zwykłe aktorstwo?
Dubbing to według mnie wręcz osobny zawód i bardzo trudna umiejętność, nie każdy aktor to potrafi. To bardzo specyficzna praca. Traktuję ją jako jeszcze jeden szczebelek w wachlarzu możliwości.
Jak to się stało ze wystąpiliście na przystanku Woodstock? Jak wspomina Pan to doświadczenie?
To było kompletnie niezwykłe! Graliśmy dla 700-tysięcznej publiczności. Kiedy weszliśmy na scenę pomyślałem, że na tak wielkiej przestrzeni gra się pewnie raz w życiu. To było wielkie przeżycie, a pomysł był autorstwa Jurka Owsiaka, który w porozumieniu z managerem Republiki wymyślił wielki koncert, który przypomni dokonania zespołu i wielkiego nieobecnego Grzegorza Ciechowskiego. To już 10 lat od jego odejścia...
Jest Pan aktorem, muzykiem, reżyserem… W której z tych ról czuje się Pan najlepiej, która najlepiej Pana wyraża?
Nie mam takiej jednej ulubionej. W różnych działalnościach i odsłonach. Niezmiennie mnie to kręci. Myślę, że mam szczęście, że mogę robić w życiu tyle różnych rzeczy.
Dziekujemy za rozmowę!
Rozmawiali: Krzysztof Stachowiak, Jakub Sommerfeld
Foto: http://www.jacekbonczyk.art.pl/
Zespół