
Chassis to rockowo-metalowy zespół, który powstał w 1999 roku. Grupa zagrała ponad 200 koncertów w klubach całej Polski, na festiwalach i przeglądach. Jednym z sukcesów kapeli, było zajęcie 2. miejsca na przeglądzie Antyfest 2011. Zaowocowało to występem na warszawskiej odsłonie festiwalu Sonisphere, u boku m.in. Iron Maiden, Mastodon i Motorhead. Chassis gościł na antenach stacji radiowych i TV. Były to na przykład: Polskie Radio Program III, Eska Rock, Antyradio, Radio Dla Ciebie, Kuba Wojewódzki Polsat, TVN Uwaga. Obecnie zespół planuje wydanie swojego drugiego albumu.
Spotkaliśmy się z Michałem 'Miśkiem' Gabryelczykiem i Maciejem 'Koniu' Kończakiem, aby porozmawiać o: koncertach, polskim rynku muzycznym, nadchodzącej płycie, a także wielu innych rzeczach dotyczących życia zespołu. Zapraszamy do lektury!
Słuchacze radia Eska Rock znają Was bardzo dobrze. Czy trudno jest się przebić do mediów z taką muzyką jak Wasza?
Michał: Jak najbardziej można się przebić z muzą jaką gramy. Świadczą o tym nasze piosenki, które są puszczane w jednej czy drugiej rozgłośni. Po części to sprawa znajomości. Jak jesteś nieznaną nikomu kapelą, nie masz wsparcia od wytwórni i nie jesteś znajomym królika, to wydaję mi się, że to trudne. Nam pomógł udział w Antyfeście. Jest to konkurs dla zespołów organizowany przez Antyradio. Dzięki niemu w zeszłym roku zagraliśmy na Sonisphere, obok Iron Maiden, Mastodon czy Motorhead. Zajęliśmy 2 miejsce, a zgłosiło się ponad 400 kapel. Co ciekawe, o wyniku nie decydowało samo jury, ale też słuchacze i internauci.
Maciej: W finale internauci wybierali jedynie wśród 9 zespołów. Sporo osób dowiedziało się o naszym istnieniu, głosowali na Chassis i bardzo się cieszymy z tego powodu.

Jakie macie wspomnienia związane z występem podczas Sonisphere?
Maciej: Pierwsze wrażenie było dosyć dziwne. Kiedy ustawialiśmy się na scenie, zaczęło lać. Wtedy pod sceną było pusto, stało tam może 16 osób. Dosłownie kilka minut wcześniej na głównej scenie skończyło grać Killing Joke. Zagraliśmy pierwsze dźwięki, podniosłem głowę i zobaczyłem tłum ludzi uderzających pod scenę. Na samym koncercie było ich osiem czy dziewięć tysięcy. To nas poniosło. Koncert trwał tylko 20 minut, ale myślę że ludziom się podobało, bo pod sceną zrobił się nawet ostry młyn.
Warto brać udział w przeglądach, konkursach?
Michał: Warto brać udział w Antyfeście, ponieważ on ma inną formułę. Tam szanowne komisje nie do końca zwracają uwagę na to, skąd i kim jesteś. Tam raczej broni się sama muza.
Kiedyś w Piszu mieliśmy pewien wypadek. Pojechaliśmy na konkurs kapel z zamiarem wygrania go. Nie ma co ukrywać – każdy kto jedzie na jakiś konkurs, ma zamiar zwyciężyć, a nie tylko wziąć w nim udział. Można było wygrać kasę, a my potrzebowaliśmy pieniędzy na teledysk. Jury poinformowało nas, że nie wolno nam brać udziału w takich konkursach. Kiedy zapytaliśmy się ich dlaczego, oni odpowiedzieli, że to nie jest przegląd dla profesjonalnych zespołów. Gdybyśmy byli profesjonalnym zespołem, zarabialibyśmy na graniu i nie jeździlibyśmy na tego typu konkursy, bo wtedy to nie jest do niczego potrzebne. Póki co nie zarabiamy na graniu pieniędzy, dlatego jesteśmy cały czas zespołem amatorskim. No ale dostaliśmy wyróżnienie, które wisi w kiblu (śmiech)

W sumie tych koncertów zagraliście już ponad 200, które wspominacie najlepiej?
Michał: Koniu jeszcze wtedy z nami nie grał, ale bardzo dobrze wspominam HunterFest. Na pewno także Muzyczne Lato z LG. To był cykl koncertów, który w tej chwili się nazywa Gdańsk Dźwiga Muzę, ale powoli zamiera. Kiedyś były to naprawdę mega koncerty, graliśmy tam z O.N.A. i Maanamem. Było chyba 12 tysięcy ludzi. Oczywiście także Sonisphere zrobił na nas olbrzymie wrażenie. No i koncert w Ergo Arenie, gdzie graliśmy z Illusion.
Maciej: Za mojej kadencji największymi ciosami były Sonisphere i Illusion. Ergo Arena jest chyba w naszym rejonie największym miejscem do grania. Nie chodzi też o samą wielkość, ale o prestiż. Kilka dni po nas grał tam Rammstein. Mamy bardzo fajne wspomnienia związane z tym miejscem.
Michał: Co ciekawe byliśmy pierwszym zespołem z Trójmiasta, który zagrał w Ergo Arenie. Mieszkałem naprzeciwko niej 25 lat. Kiedy ją budowali, pomyślałem sobie: „o, tutaj kiedyś chciałbym zagrać”. Myślałem, że może się uda za 5-8 lat. Okazało się, że wszystko potoczyło się dość szybko, wystarczył rok. Dzięki temu występowi lecimy w Esce Rock. Bisior zobaczył plakat Illusion i naszą nazwę, która nic mu nie mówiła. Sprawdził muzę i zgłosił się mówiąc: „panowie fajna nuta, może zaczniemy ją grać?”. To był przypadek, szczęśliwy traf. Na takie przypadki nadal liczymy.
Wspomnieliście o Ergo Arenie, więc przejdźmy do sportu. Jak doszło do tego, że nagraliście hymn Profesjonalnej Ligi Armwrestlingu? To nie jest popularna w Polsce dyscyplina, interesujecie się nią?
Michał: Armwrestling czyli siłowanie się na rękę, to nie jest wrestling znany z telewizji. Kompletnie się tym nie interesujemy. Wiedziałem jedynie, że coś takiego istnieje, ponieważ kiedyś oglądałem film z Sylvestrem Stallonem „Over the top”. Jest to film z lat osiemdziesiątych, całkiem dobry zresztą. Poznaliśmy nawet faceta, który przygotowywał Stallone’a do tego filmu. Sam zresztą nadal bierze udział w zawodach. Jak się tam znaleźliśmy? Nasz znajomy, który zajmował się światłem i dźwiękiem dla tej imprezy sportowej, zasugerował żeby ją jakoś uatrakcyjnić medialnie. Transmisje były na poziomie, robiły ją profesjonalne telewizje, ale wszystkiemu brakowało maskotki. Tak samo jak na galach bokserskich czy podczas zawodów MMA, występują zespoły na żywo. Znajomy polecił nas szefowi federacji Armwrestlingu, który mieszka w niedaleko. Przyjechał do nas na próbę, od słowa do słowa zapytał się nas, czy możemy zrobić hymn, potem czy możemy zrobić jingiel promujący konkretnie tę imprezę. Zgodziliśmy się.
Graliśmy podczas zawodów dwukrotnie i cieszymy się, że transmisja z tego wydarzenia była pokazywana w sześciu czy siedmiu państwach europejskich na żywo i retransmitowana, bo na pewno nie pozostało to bez echa. Co ciekawe, myślałem że ludzie uprawiający tę dyscyplinę, patrząc na ich muskulaturę i karki, wolą inny typ muzyki. Okazało się, że jednak lubią „rzeź”, bo to ich napędza.
Myślicie o tym, by trafiać ze swoją muzyką za granicę?
Michał: Chcemy mieć możliwość pokazywania naszej muzyki za granicą, tym bardziej że druga płyta jest właściwie anglojęzyczna. Będziemy mieli też polskie wersje utworów, po to by puszczali je w polskich rozgłośniach. Jak wiadomo prawo się zmieniło… :)

Foto: Marcin Bąkiewicz
Co sądzicie o tej ustawie? Uważacie, że jest potrzebna, czy w jakiś sposób Was ogranicza?
Michał: Uważam, że jest potrzebna. Wcześniej, jeśli chciałeś posłuchać dobrej polskiej muzyki z polskim tekstem w radiu, musiałeś je włączyć jakoś od 1 w nocy do 5 rano. Wtedy ją puszczali żeby wyrobić normę, teraz muszą ją puszczać w ciągu dnia.
Maciej: Polskie zespoły jak my, dzięki tej ustawie mogą wreszcie zaistnieć. Wielu ludzi podchodzi do słuchania muzyki w stylu: „lubię to co znam”. Jeśli teraz ktoś ma szansę nas częściej usłyszeć, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że nas polubi. Dzięki temu możesz dotrzeć do szerszej publiczności. A propos słuchania nagraliśmy też koncert dla TVP Kultura, będzie leciał jakoś od kwietnia.
Michał: Wracając do tematu pokazywania naszej muzyki za granicą – uważamy że jest w tym sens. Tym bardziej, że znamy dosyć dużo znajomych za granicą i oni też uważają, że powinniśmy zacząć pokazywać swoją twórczość za granicami Polski.
Myślicie, że grać ciężką muzykę łatwiej jest na zachodzie niż w Polsce?
Maciej: Ludzie na zachodzie są bardziej otwarci i chętni aby słuchać takiej muzyki.
Michał: Ja bym tak do końca nie powiedział. Wiadomo, że 30 lat temu zachodnie państwa miały lepszy, łatwiejszy dostęp do muzyki. Wtedy być może tak było. Później gdzieś to się wyrównało i myślę, że odsetek słuchaczy muzyki rockowej jest mniej więcej podobny w każdym kraju. Oprócz Finlandii i Szwecji. Mamy kolegów Finów, którzy nam powiedzieli, że tam 80% mediów to metal, a 20% to mainstream, którego i tak nikt nie słucha, w związku z tym nie jest już mainstreamem.. :-)
Biorąc pod uwagę całą Europę mamy do dyspozycji teoretycznie 400 milionów słuchaczy. Patrząc na globalną statystykę, w Polsce mamy ich niecałe 10%. Wychodzi na to, że każde z kolejnych państw może nam przynieść bardzo podobną ilość słuchaczy. Jeżeli teraz mamy 2 czy 5 tysięcy słuchaczy, w Europie możemy ich mieć 10 razy więcej. Wtedy na pewno będziemy mogli powiedzieć, że jesteśmy profesjonalnym zespołem.
Istniejecie od 1999 roku. Dlaczego do tej pory, mogliśmy usłyszeć tylko jedną Waszą płytę?
Michał: Istniejemy od 1999 roku, ale na początku było to bardziej takie „dogrywanie się”. Rozstałem się z poprzednim zespołem i zastanawiałem się w jakim kierunku powinniśmy dążyć w nowej kapeli. Musiałem się osłuchać z muzą w tym klimacie, ponieważ nie ukrywam, że nie byłem wtedy mega fanem takiego rodzaju grania. Heh , kiedyś w 95 albo 96 roku Tomek Lipnicki przyszedł do nas na salę, a była na tym samym korytarzu i mówi – „Ho, coś ci puszczę”. No i puścił na jamniku panscanix. Słucham i mówię – „Ty a gdzie tu bas jest bo nie rozumiem tej muzy chyba..”. To była pierwsza płyta Korna. Nu metal (bo tak nas zaszufladkowali) w 2000 roku był jeszcze w miarę nową rzeczą w Polsce i trochę się identyfikowaliśmy z nim, potem jednak stwierdziliśmy, że chcemy iść własną drogą, no i trochę czasu to zajęło.
Denerwują Was szufladki tego typu?
Michał: Nie lubię tego. Jeśli ktoś chce sobie to zaszufladkować, niech sobie zaszufladkuje. Ja bym w każdym razie tego nie robił. Albo coś jest jednym słowem – DOBRE” albo w dwóch słowach – „NIE DOBRE”.
Maciej: Nie mamy na takie szufladki wpływu, ale wpływ na to, że nie nagraliśmy więcej płyt, na pewno miały zmiany personalne w zespole. Jestem z chłopakami w składzie od ponad 4 lat i w tym czasie zdążyliśmy już obskoczyć czterech bębniarzy. Teraz gramy z czwartym.
Michał: Kiedy przychodzi nowy bębniarz, trzeba z nim zagrać jakiś koncert, żeby zobaczyć czy to ma sens, czy z nim jest ok. Po pewnym czasie przestaliśmy szukać bębniarzy, a bardziej kolegi do zespołu. W bandach rockowych to jest bardzo istotne.
Maciej: Widziałem jak zespół się rozwijał i był taki moment, że już było dobrze. Nagle wszystko siadło, bo 2 osoby odeszły. Tak naprawdę trzeba było robić wszystko od nowa – szukać, docierać się, uczyć.
Michał: Jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę, kiedy gdzieś wyjeżdżamy. Jeżeli musisz z kimś przebywać przez tyle czasu, to musisz być pewny, że tego chcesz. Nie może być opcji, że po 3 dobie spasujesz i nie wytrzymasz. W zespole chodzi o ludzi, o ich mentalność, o ich podejście. Wiadomo - umiejętności też są bardzo istotne. W przypadku takiego grania, jakie my gramy, myślę że jednak nie są najistotniejszym elementem. Nie mówię że gramy ze złym bębniarzem. Gramy z bardzo fajnym, ale nie to jest najważniejsze.
Maciej: Lubimy się, przebywamy ze sobą bardzo często, chociażby ze względu na próby. Ja z Michałem pracuję, Michał wcześniej pracował z Mateuszem. Czasem spędzamy ze sobą więcej czasu niż z własnymi rodzinami.

Foto: Marcin Bąkiewicz
Kolejnym członkiem zespołu może być menadżer. Jakie są Wasze doświadczenia z menadżerami, jaka jest jego rola w zespole?
Michał: Rola menedżera jest ważna i istotna. Mój kumpel kiedyś tak odpowiadał na zaliczeniu z historii na pytanie: „Jaka była rola chłopów w Powstaniu Kościuszkowskim?” Za każdym razem odpowiadał tak samo: „wielka i znacząca” i za każdym razem dostawał 2 (wtedy nie było jedynek). W końcu za piątym razem facet mu wstawił 3 - za bycie konsekwentnym.
Uważam, że rola menedżera jest bardzo ważna, aczkolwiek my ciągle go nie mamy i szukamy. Trochę zespołem zajmowała się moja żona, sporo fajnych rzeczy nam załatwiła. Od ponad siedmiu lat pomaga nam także kolega WEŚCIOR, który głównie ogarnia internetowe sprawy, poza tym zajebiście zna się na muzie czasami mówimy na niego Googiel.
Maciej: Było kilka osób, które próbowały się tym zająć. Niestety bardzo szybko okazywało się, że nie o takie menedżerowanie nam chodzi. Sporo fajnych słów rzuconych na wiatr, a tak naprawdę nic z tego dalej nie wychodziło. Także szukamy menedżera, tak samo jak wydawcy, chociaż możliwe, że wydawcę już znaleźliśmy, to się okaże w ciągu najbliższych dni.
Gdybyście mogli zdradzić kilka szczegółów „od kuchni” na temat płyty, dla której właśnie szukacie wydawcy…
Michał: Teksty będą głównie po angielsku, ale i dwie piosenki po polsku. Kilka piosenek z tej płyty gramy na koncertach już od dłuższego czasu. Niektóre zmieniły trochę w międzyczasie swoją formę. Będą też wersje akustyczne dwóch z nich. W kwietniu mamy wyznaczony termin premiery płyty w Hard Rock Cafe w Warszawie.
Maciej: Kilka numerów można było usłyszeć chociażby w Antyradiu, w Esce i w telewizji. Odzew był naprawdę pozytywny. Płyta będzie różnorodna i jednocześnie spójna. Będzie trochę przytupów i trochę walczyków.
Michał: Przede wszystkim staraliśmy się skoncentrować nad tym, żeby brzmienie spełniało nasze oczekiwania.
Maciej: Sami słuchamy dużo muzyki i wiemy jak nie chcemy brzmieć.
Michał: Właśnie, bardziej jak nie chcemy. Podjęliśmy współpracę z gitarzystą z Tesseract, który przedstawił nam swoją wizję brzmienia i zaakceptowaliśmy ją od razu bez niemal żadnych zmian. Facet przysłał nam ze studia z Londynu próbkę brzmienia, które ukręcił i stwierdziliśmy: „tak, tak, tak”. Nie mamy wątpliwości, że właśnie tędy droga.
Maciej: Byliśmy już po kilku wcześniejszych próbach z różnymi realizatorami w Polsce i za granicą, ale wtedy niestety za każdym razem mówiliśmy ‘nie”.
Michał: Nie było to źle zrobione, było ok. Jednak tylko „ok” nam do końca nie odpowiadało, teraz jest dokładnie tak jak chcemy.
Ale nagrywaliście materiał tutaj, a potem wysłaliście do Londynu?
Maciej: Tak, tutaj. Widać, że to przyniosło efekty, bo bardzo dużo ludzi mówi nam wprost, bądź komentuje nasze dokonania w Internecie, że nie spodziewało się, że tak gra polski zespół.
W Polsce nie znalazł się dobry realizator?
Maciej: Z tymi którymi próbowaliśmy, nie udało się. Nie wątpię, że w Polsce są dobrzy realizatorzy, którzy mają dobry sprzęt. To bardzo ważne, żeby mieć zaplecze techniczne.
Michał: Trzeba mieć przede wszystkim wiedzę. Nie można być producentem muzycznym, człowiekiem, który zajmuje się mixami i masterem, nie mającym własnej wizji. Ostatnio czytałem wywiad z Taylorem ze Slipknota, który bardzo krytycznie się odnosił do pracy Ricka Rubina.
To przecież guru, jeśli chodzi o realizacje sceny amerykańskiej. Taylor powiedział, że on wpadł w rutynę, siedzi tylko na fotelu i mówi gdzie w lewo, a gdzie w prawo. Taki GPS nie jest nikomu potrzebny. Teraz jedź i zawróć (śmiech). Mix i master to poniekąd także praca twórcza, a nie odtwórcza. Ona ma polegać na tym, żeby stworzyć coś fajnego, oddać treść, którą chcę się przekazać. Chodzi o obraz całości, oprócz wiedzy do tego trzeba mieć także zapał.

Obraz całości zespołu to także wizerunek. Też macie pewien wizerunek. Pracowaliście nad nim, czy wyszedł samoistnie?
Michał: Samoistnie, aczkolwiek on cały czas ewoluuje. My nie jesteśmy zespołem z wizerunkiem typowo metalowym. Ciekawie to wygląda jeśli wychodzi zespół, który prezentuje coś w stylu „oderwę ci głowę, wyszczerzę kły i przegryzę ci tętnice”. Jeśli ktoś ma taki styl, jest to jego zbójeckie prawo. Jeżeli chodzi o wizerunek Behemotha czy Vadera to wszystko się tam zgadza i to jest fajne. Zazwyczaj spójny wizerunek mają także zespoły reggae. Czasami w innych zespołach trudno doszukać się spójności.
U nas każdy jest inny i nie staramy się sprzedawać naszego wizerunku jako totalnie jednolitego. Nasza muzyka jest wielowymiarowa. Nie mamy jednego człowieka, który przychodzi i mówi: „teraz zagramy 6 piosenek i teraz ty zagrasz to, a ty to”. Nie, ta muzyka jest wypadkową naszych 5 mózgów, odczuć, a czasami również wpływów ludzi z zewnątrz. Zawsze pochylamy się nad sugestią ludzi z zewnątrz, one często tworzą fajne rzeczy.
Maciej: Jeżeli ktoś podsuwa jakiś pomysł, zawsze nad nim wspólnie dyskutujemy. Jak się coś nie sprawdza, po prostu tego nie wykorzystamy. Mam nieco inny pogląd na zespół, bo gram w nim krócej niż od samego początku. Te numery, których musiałem się nauczyć grać, przed moim przyjściem brzmiały trochę inaczej. Każdy z nas dołożył coś nowego do zespołu i każdy z nas coś nowego wyniósł. To co jest na płycie, jest wypadkową tego wszystkiego.
Czego się nauczyliście przez te wszystkie lata w zespole? Popełniliście jakieś błędy, których już nie powtórzycie i przed którymi moglibyście przestrzec innych?
Michał: Myślę że do 2006 roku za bardzo wierzyliśmy w swoje umiejętności. Wtedy mieliśmy trochę w dupie to, co ktoś nam podpowiadał z zewnątrz. Ktoś, kogo powinniśmy posłuchać. To nie były błędy związane z kwestią wizerunku, ale samej muzyki. Byliśmy za bardzo zapatrzeni na to co robimy. Wydawało nam się, że jest tak kapitalnie, że już lepiej być nie może i nikt nie jest w stanie tego usprawnić. Okazało się zupełnie inaczej. Przede wszystkim teraz słuchamy ludzi mądrzejszych od siebie.
Maciej: Ludzi którzy się na tym znają, którzy robią to zawodowo. Najgorszym błędem jest zapatrzenie w samego siebie i zaufanie we własną nieomylność. Siedząc w środku zespołu traci się jego obraz z zewnątrz.
Michał: Nie można być obiektywnym wobec siebie, ale przynajmniej staramy się być mniej subiektywni. To oczywiście bardzo trudne. I z tej okazji chcieliśmy pozdrowić: Wojtka Pilichowskiego, Marka Raduli, Tomka „Kasprola” Kasprzyka, Artura Orzecha, Bisiora i wielu innych ludzi, którzy nam w tym bardzo ochoczo pomagają.
Pamiętacie jakąś poradę, która szczególnie Wam się przydała?
Maciej: To nie jest jak przyłożenie czarodziejskiej różdżki, która zadziała dla każdego zespołu. Kapele muszą szukać swojej drogi. Do każdego coś innego trafia i może się przydać inna porada. Każdy ma własne doświadczenia, własną wizję i wiedzę.
Michał: Sami prowadzimy pewną działalność dydaktyczną, ponieważ prowadzimy warsztaty dla dzieciaków, które chcą się uczyć grać na instrumentach. Przekazujemy im bardzo dużo wskazówek, które sami otrzymaliśmy od życzliwych nam ludzi. Wykorzystujemy to skrzętnie, aby pakować w młode głowy istotne rzeczy. Te porady często wydają się bardzo zwyczajne. Dzieciaki się śmieją, że po co im informacja o tym, że zespół to musi być grupa kolegów, skoro one chcą grać na instrumencie. Nie rozumieją jeszcze, że te relacje są tak ważne. Zobaczycie – jeszcze to docenicie!
Nie myśleliście żeby wziąć udział w jakimś popularnym konkursie telewizyjnym, w stylu „X Factor” czy „Mam talent”?
Michał: Chyba już nie chcemy brać udziału w festiwalach i konkursach. W kilku już wygraliśmy, w kilku zostaliśmy niezauważeni, w kilku potraktowani jak barany.
Maciej: Udział w takich konkursach, wiąże się także z kontraktem, który potem mniej lub bardziej zobowiązuje. Wydaję mi się, że troszkę już się szarpaliśmy z tym całym tematem. W związku z tym, nie chcielibyśmy komuś dawać czegoś, w co włożyliśmy tyle wysiłku.
Udział w konkursach tego typu, może jednak dać trochę korzyści. Nawet jeśli się nie wygra, ludzie zaczynają kojarzyć muzykę, pojawia się rozpoznawalność i oferty koncertów…
Michał: Nie śledzę szczególnie tych programów w stylu „X Factor” czy „Mam Talent”, ale jak sobie popatrzysz na tych wszystkich laureatów, ilu z nich tak naprawdę coś dalej zrobiło… Niewielu. Mówię o tych, którzy dotarli do etapu, który był istotny.
Z czego to wynika? Z tego że ci laureaci nie są na tyle dobrzy? Może to po prostu wielki balon nadmuchany przez telewizję, który potem pęka?
Michał: Bardzo możliwe, nie znam tego od wewnątrz. Kiedyś chciałem iść do „Idola”, pojechałem tam z Mateuszem, naszym gitarzystą. Zanim w ogóle cokolwiek zrobiłem, zanim przypiąłem numerek, dostałem do podpisania umowę. Pomyślałem sobie „halo, coś tu jest nie tak”. Dostałem umowę, która miała 5 stron, a nie miałem obok siebie żadnego prawnika. Przecież przeciętny szesnastolatek nie ma pojęcia o tym co tam jest napisane, nie rozumie niektórych słów. Nie chodzi o to, że jest tępy, ale o użyty w umowie język prawniczy. Potem to podpisuje, albo robi to za niego także nieświadomy rodzic. Przeczytałem umowę i był w niej zapis w telegraficznym skrócie, że wszystko co zrobię za pomocą tego programu przez następne 5 lat, nie jest moje. No to powiedziałem: „pas, ja tak nie chcę”. Jeżeli coś robię, to znaczy, że jestem twórcą i należy do mnie. A nie, że program czy stacja telewizyjna sobie przywłaszczy do tego prawa. Tak było w przypadku ‘Idola”. Nie wiem jak to jest teraz, bo to było chyba z 10 lat temu.

Foto: Marcin Bąkiewicz
Jak z zewnątrz patrzy się na pracę artysty, może się wydawać, że to niezła zabawa.
Michał: Zabawy jest w tym naprawdę sporo. Szczególnie jak to robisz z kumplami, z którymi jest ci po prostu dobrze. Oprócz tego jest to naprawdę ciężka praca, która niesamowicie uczy cierpliwości. Wstajesz po koncercie rano, wsiadasz w busa i jedziesz 7 godzin. Nikogo nie obchodzi, że mało spałeś. Po 7 godzinach wychodzisz, wynosisz graty, ustawiasz je na scenie, robisz próbę dźwięku, idziesz się umyć do hotelu, grasz koncert, zwijasz sprzęt, śpisz, wstajesz o 8 i jedziesz dalej. Cały czas na coś czekasz, bo samego grania jest godzina czasu czy półtorej. Nie czekasz na to czynnie, tylko biernie – jedziesz w busie, nie możesz wyjść, jesteś niczym zamknięty w klatce.
Praca artysty nie jest łatwa. Jeśli ktoś gra 100 koncertów w roku, gra co 3 dni. Jak się odejmie 2 miesiące wakacji, wychodzi że gra się niemal codziennie. Ten człowiek cały czas jest w pracy – jak nie gra to jedzie. Dlaczego nie ma mieć za to zapłaconych pieniędzy? Wcześniej spędził X czasu by stworzyć swoje dzieło. Przecież to nie jest tak, że artysta w 5 minut napisze piosenkę, w godzinę ją nagra i może już zacząć na niej zarabiać.
Niektórzy artyści wspierają także koncerty charytatywne. Wy graliście w tym roku podczas WOŚP. Jak to wspominacie?
Michał: Graliśmy w Warszawie i było elegancko. Co prawda graliśmy z playbacku, a my nie umiemy tego robić. To był nasz drugi koncert z playbacku, po graniu u Wojewódzkiego.
Maciej: Było to inne doświadczenie, niemniej bardzo fajne. Kiedy zaczęliśmy grać z dość ostrym przytupem, było widać, że część publiczności się mocno zapowietrzyła. Po tym jak się ocknęli, było sympatycznie.
Michał: Tydzień po WOŚP też graliśmy koncert charytatywny. Zbieraliśmy pieniądze dla dzieci z hospicjum. Facet, który to organizował robił wcześniej tego typu imprezy, ale były małe – przychodziło tam z 50 osób. Teraz wziął między innymi nas i okazało się, że do klubu dla 250 osób przyszło ponad 300 ludzi. Organizator zwariował, bo ciężko było to wszystko ogarnąć. Było fajnie (śmiech)
Ostatnie słowo należy do Was
Maciej: Niebawem premiera płyty. Wszystko jest na dobrej drodze. No i liczymy, że spotkamy się wszyscy razem na koncertach wiosną i latem.
Dzięki za wywiad!
Rozmawiał: Jakub Sommerfeld
Zdjęcia: www.facebook.com/chassisofficial
Zespół
Komentarze
Co nie zmienia faktu, że faktycznie bardzo dużo ludzi przyszło.
Beata - 2gi organizator - po raz pierwszy bawiła się w organizację takiego eventu.
Ty się Roberto tak nie obruszaj i nie tłumacz napisali, że było fajnie.:-))))))) Ta wypowiedź nie jest recenzją imprezy. ;-)))).
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.