Eliminacje 2012_1




Wywiady z zespołami „Muzyka to potężne emocje” – wywiad z RusT

 

Ich muzykę określić można mianem rust’n’roll. Grają żywiołowo, energicznie, sięgając jednocześnie do korzeni rocka. Nie raz zostawali laureatami festiwali i nie raz mieli okazję zaprezentować się przed szerszą publicznością. Głośniej o nich stało się m.in. dzięki pierwszej edycji Must Be The Music, w której wykonali swoją wersję hitu Abby – „Love After Midnight”.

 

Z RusT miałem przyjemność spotkać się w redakcji Fabryki Zespołów. Z założenia krótki wywiad przeistoczył się w długą i niezwykle ciekawą rozmowę. Jej efekty znajdziecie poniżej. Dowiecie się jak chłopaki uniknęli wielogodzinnego oczekiwania na precasting do pierwszej edycji Must Be The Music, a także jak oceniają stan i organizację polskich festiwali. W uzyskaniu odpowiedniego nastroju pomogło nam radio, które idealnie wpasowało się w klimat rozmowy, emitując klasykę w postaci Led Zeppelin.

 

RusT powstał w roku 2000 i grywaliście wówczas heavy metal. Jednak w pewnym momencie nastąpiła zmiana i pomału zaczęliście przechodzić w inny styl muzyczny…

 

Michu : Wszystko w nas dopiero dojrzewało. Kiedy zakładaliśmy zespół w wieku 14-15 lat nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia czym jest muzyka. Było to instynktowne i wewnętrzne powołanie. Każdy człowiek musi wiele w życiu zrozumieć i dojrzeć do pewnych spraw. Przede wszystkim przez ten czas wykrystalizował się skład. Przyszedł Piciu, później Czesiu. A zaczynając byliśmy zajarani głównie Ironami, Judasami…

 

Piciu: Kapela nie różniła się od tysiąca, czy dziesięciu tysięcy, które grały w tamtym czasie. Jak wielu, zaczynaliśmy od coverów. Rzadko kiedy już w wieku 14 lat ktoś ma pomysł na granie.

 

Ale wciąż ewoluujecie…

 

Piciu: Można powiedzieć, że ewoluujemy przez regres. W naszej ewolucji staramy się sięgać do korzeni rocka. Cofamy się przed te lata 80-te i początki 90-tych, czyli do absolutnej klasyki – Led Zeppelin, Aerosmith, Rolling Stones.

 

Michu: Wiadomo, że dźwięki heavy metalu mogą się po jakimś czasie znudzić. Jest to dość ograniczona muzyka, opierająca się przede wszystkim na jednym i tym samym. Staramy się jednak nie ograniczać naszych horyzontów muzycznych. Jesteśmy w końcu muzykami. Podchodząc do jakiegoś nowego zespołu, czy nurtu na początku nie wiem, czy będzie to dla mnie dobre, ale dzięki temu eksperymentuję i poszerzam spektrum swojego patrzenia na muzykę. Każdy z nas tak ma. Jesteśmy coraz starsi i przekłada się to na to, co robimy. Dzięki temu jest ona coraz bardziej indywidualna.

 

Myślicie, że ten gatunek jest już skończony? Pojawia się wiele głosów, że granie muzyki z pogranicza lat 80-tych to rzecz skończona i nie da się niczego więcej w niej wymyślić.

 

Piciu: Absolutnie się z tym nie zgodzimy. Wciąż pojawiają się zespoły, które ciągną ku temu surowemu, pierwotnemu brzmieniu i zyskują one coraz szerszą publiczność. Choćby Rival Sons, przed którym będziemy mieli przyjemność zagrać. Jakby przenieść ich w lata 70-te myślę, że ten zespół doskonale by się tam odnalazł.

 

Michu: Black Keyes, Airbourne. Wszystko to nawiązania do Beatlesów i do całej klasyki rocka. Można tam znaleźć i Doorsów i Zeppelinów i stary Black Sabbath. Na pewno się to nie skończyło, a wręcz zaryzykowałbym stwierdzeniem, że jesteśmy świadkami wielkiego powrotu i zatoczenia się koła. Ludzie z elektroniki i sampli zaczęli przechodzić na prawdziwą perkusję, gitary, czy chórki. Wraca się do klasycznego wydobywania dźwięków, a nie jedynie wciskania sampli i klepania czegokolwiek bez duszy.

 

Piciu: Muzyka to potężne emocje. Tak naprawdę w tych wcześniejszych latach, zanim cała elektronika wdarła się szturmem na scenę, patrząc na koncerty, np. Led Zeppelin dostrzeżemy wielkie emocje. Dla mnie to jest najważniejsze. Masz okazję zobaczyć muzyka na żywo i widzisz, jak przelewa to wszystko na dźwięki. Te dźwięki są w danym momencie takie, ponieważ w tej chwili tak on je czuje. W ten sposób nagrywało się przecież dawniej płyty. Nie były to pojedyncze ścieżki, jak teraz, i też bez problemu można było to usłyszeć. My także zaczęliśmy nagrywać na setkę. Po wcześniejszych doświadczeniach ze ścieżkami, teraz praca wygląda zupełnie inaczej. Fakt, jest bardziej męcząca, ponieważ trzeba być bardziej skupionym i bardzo dobrze przygotowanym, ponieważ nie ma dogrywek. Trzeba mieć przemyślany numer, bo po to nagrywa się w taki sposób, żeby później nie dokładać kolejnych partii. Należy zrobić taki numer, który od razu będzie dobry. Tylko takie nagrywanie odda te emocje, które towarzyszą koncertowi, a przy takiej muzyce jaką gramy, jest to bardzo ważne.

 

Simon: Zauważyliśmy ostatnio, że zgłaszając nasze utwory na różne przeglądy, organizatorzy często wymagają, żebyśmy nagrali jakiś kawałek z próby. Będą dzięki temu mieli pewność, że tak gramy i w studio zostało to podciągnięte. Nie powinno być żadnego skoku brzmieniowego jeśli chodzi o EPkę i występ na żywo.

 

Czesiu: Wracając do pierwotnego pytania, bo trochę odjechaliśmy. Choćby zespół miał zaprosić jednego słuchacza na koncert i ten słuchacz przyjdzie, to nie jest koniec. Koniec będzie wtedy, gdy zgaszą światła w klubie i na koncercie nikt się nie pojawi.

 

Michu: Można też przecież założyć, że forma muzyka klasycznej jest już zamknięta, ale mamy przecież wielkie hale wypełnione po brzegi ludźmi. Pierwszą podstawową zasadą muzyki są emocje. Gdy się pojawiają, nie powinniśmy wówczas mówić o końcu, wręcz powiedziałbym, że można mówić o nieskończoności.

 

Piciu: Forma dopuszcza też zabawę sobą. Inaczej zabrzmi Vivaldi zagrany przez Krzesimira Dębskiego, a inaczej przez Nigela Kennedyego. Dajesz ten indywidualny pierwiastek. Nawet jeśli forma wydaje się być zamknięta, to ty ją otwierasz. Tak, jak ty ją zinterpretujesz jest twoje i tego nikt ci nie odbierze.

 

 

Można znaleźć informacje, że tworzycie muzykę w obecnie mało popularnym gatunku…

 

Michu: Oczywiście, że tak nie jest. Powiedziałbym nawet, że wręcz następuje jej powrót. W zeszłym roku byłem na koncercie Aerosmith i na hali było mnóstwo ludzi. Stare zespoły z powrotem zaczynają grać wielkie trasy. Powróciło AC/DC, Black Sabbath też się znowu zeszło…

 

Simon: Choć z tą popularnością jest też trochę prawdy. Gdy ludzie słyszą o koncertach wielkich gwiazd chcą się na nie wybrać bardziej z ciekawości żeby zobaczyć legendę. Jeżeli mówimy o popularności gatunku, a punktem odniesienia jest to, co leci np. w MTV, albo na Vivie, wtedy zgadzam się z tym, że nie jest popularna. Na pewno cieszy się za to dużym zainteresowaniem.

 

Michu: Można użyć sformułowania, że jest to muzyka niszowa. Większość ludzi na świecie mało ambitnie patrzy na to, co leci z głośników i traktuje to raczej zabawowo. Sami bardziej kierujemy muzykę do człowieka, który się zastanowi, posłucha i w niej zagłębi. I taka muzyka w pewnym stopniu zawsze była niszowa, bo nie jest to na pewno top. Top tej muzyki przeminął, ale powoli powraca, gdyż pojawiają się festiwale, jak choćby Woodstock. Znowu są wielkie, ogromne pola, kilka scen, gdzie możesz zobaczyć wiele różnych kapel. Szczyt popularności na pewno mają już za sobą, ale kto wie, czy jeszcze większy nie jest przed nimi?

 

Skoro wspomnieliście o festiwalach. Mieliście okazję wystąpić już na wielu, a część z nich nawet wygraliście. Myślicie, że warto zgłaszać się na nie zgłaszać?

 

Piciu: Prawda jest taka, że spośród wszystkich festiwali na które się zgłosiliśmy, niewiele było takich na poziomie i ukierunkowanych na młode zespoły. Na części z nich naprawdę czuliśmy się zbędni. Jeżeli ma to być impreza dla młodych zespołów, a nie daje się im możliwości przeprowadzenia normalnego soundchecku, nie daje się im tych 15-20 minut żeby mogły zobaczyć jak zabrzmią na scenie, to coś jest nie tak. A przecież zespół jedzie głównie po to, by się pokazać. Sporo kapel było poganianych, a po przejechaniu paruset kilometrów nagle okazywało się, że zespół nie gra planowanych 4 utworów, a 1. To jest niepoważne. Zdarzają się takie, ale są też takie jak, np. szczeciński Gramy, czy Fama w Iławie, które są fantastyczne. Świetna organizacja, fajni ludzie i jury, rzeczywiście mające coś do powiedzenia. I te zespoły festiwalowe rzeczywiście były im potrzebne.

 

Michu: Ludzie w Polsce mają tendencję do słomianego zapału i odczuwa się to na takich festiwalach. Mieliśmy okazję grywać na festiwalach, które istnieją ponad 10 lat, przyjeżdżamy na miejsce i niby jest nagłośnienie, ale akustyk leży całkowicie upity na ziemi. Dowiedzieliśmy się później od ludzi, którzy bywają tam częściej, że tak jest co roku. Zastanawiam się, po co oni to w ogóle robią? Żeby ośmieszyć siebie, całe miasto i klub? Dla kogoś, kto ambitnie myśli o tym, co robi i jeździ 300, czy 400 kilometrów zrobić coś, co kocha, nie ma prawa wydarzyć się taka sytuacja. To tak, jakbyś przyszedł na nasz koncert, a ja bym się zrzygał… i jeszcze połamał Ci ręce, krzyczał „yyyadhaudya sorry”. Wszystko jest miarą człowieka. Dużą zasługą tego, gdzie w tym roku graliśmy była nasza EPka nagrana na setkę, która jest indywidualna i świadoma. Przełożyło się to na jakość festiwali na których graliśmy. Z naszą poprzednią płytą byliśmy na festiwalach, nazwijmy to, „podwórkowych”. Tym razem zderzyliśmy się z profesjonalizmem i takiego profesjonalizmu życzymy wszystkim, którzy ambitnie myślą o muzyce.

 

Nie jest tak, że mamy nadmiar festiwali w Polsce? Np. tych mniejszych, nie spełniających wszystkich kryteriów?

 

Michu: Tak, mogę się z tym zgodzić. W Internecie znajdziesz ich pełno. Całe szczęście, że przy okazji są też galerie i fora, na których dowiedzieć się możesz, co tam się tak naprawdę dzieje. Aczkolwiek polecamy, bo jest to forma promocji. Jeżeli zajdzie się gdzieś dalej, to na koncertach finałowych, czy półfinałowych ma się już przed sobą publikę. Gdy graliśmy w Iławie skoczył nam facebookowy licznik o około 200 osób. Trzeba grać jak najwięcej. Ludzi trzeba karmić sobą, bo oni od nas tego wymagają.

 

W wywiadzie nie mogło oczywiście zabraknąć pytania o Must Be The Music. Choć może wyjątkowo wolałbym dowiedzieć się czegoś od kuchni. Jak doszło do tego, że się zgłosiliście i co Was do tego skłoniło?

 

Simon: Czesiu. Tłumacz się!

 

Czesiu: Dostałem informację od Tomka o programie i trochę naiwnie podeszliśmy do tematu, bo uwierzyliśmy, że ten będzie miał na celu wypromowanie muzyki. Zwłaszcza, że po tylu edycjach różnych wokalnych programów zapowiadało się zupełnie inaczej. Kora, zespoły, itd. Było wiele argumentów za i póki co żadnego przeciw. No chyba jedynie taki, że jest to różowy program popularnej stacji i taki zespół jak my tam nie pasuje. Choć każdy chciałby się w jakiś sposób wypromować, a telewizja jest najlepszą i najszybszą formą promocji…

 

Piciu: Widzimy to też po sobie. Pojawiliśmy się tam na 40 sekund, a dało nam to bardzo dużo jeżeli chodzi o rozpoznawalność i odbiór.

 

Czesiu: Głównie chodziło nam o to, że najistotniejsze jest pokazać się na żywo. Zagrać choć raz w telewizji, by przyciągnąć ludzi. To jest w końcu najważniejsze. Tak naprawdę nie szliśmy z zamiarem wygranej, bo 100 tysięcy, to pieniądze, które starczą na nagranie jednej dobrej płyty. Stało tak jak się stało. Odcinek obejrzało 4 mln ludzi (mam nadzieję, że te dane są prawdziwe) i te osoby, które miały z nami zostać, które nas posmakowały, zostały i do dziś się odzywają. Przede wszystkim fajnie, że się tam dostaliśmy.

 

Piciu: Świetnie jest zobaczyć jak to wszystko funkcjonuje. Było wiele zabawnych sytuacji, których telewizor nie pokazywał i zabawnie jest skonfrontować to co my widzieliśmy z tym co dostał widz. Nie dzieją się tam oczywiście jakieś straszne rzeczy, ale fajnie jest zobaczyć surowy produkt. Poza tym sposób funkcjonowania show biznesu warto liznąć.

 

Michu: Aczkolwiek organizacja pozostawiała dużo do życzenia…

 

Ale na precastingach, czy w występach telewizyjnych? Gdzie tkwił problem?

 

Michu: Nie chodzi o sprawy techniczne. Bardziej o twoją świadomość tam. Gdzie jest regulamin i według jakich zasad się to odbywa. Nikt nie mógł odpowiedzieć nam na to pytanie i nic więcej powiedzieć. Wciąż odczuwaliśmy tę niesmaczną niepewność. Nie mogliśmy znaleźć nawet na stronie żadnego regulaminu. Brakowało informacji, co się stanie jak ktoś przejdzie dalej i co się będzie z nim działo. Mieliśmy czekać na telefon, a gdy już go otrzymaliśmy, usłyszeliśmy: „dobra, to jutro bądźcie”.

 

Długo staliście w pre-castingach? Na różnych filmach miałem okazję widzieć wielokilometrowe kolejki.

 

(śmiech i ogólne poruszenie) Simon: Przez przypadek udało nam się wejść od zaplecza. Jeszcze to była ta hardcorowe’a zima.

 

Przecież to był gdzieś luty, czy styczeń…

 

Simon: Styczeń! Jakoś było tak to wymyślone, że oni [4/5 RusT – dop.A.K.] pojechali, a ja siedziałem jeszcze w pracy. Później, gdy zadzwonili, powiedzieli, że są już na miejscu i jest taka kolejka, że spędzą tam chyba z 10 godzin. Po pół godziny znowu dostaję telefon i słyszę „jesteśmy w środku”. Jak jesteście w środku? „No udało się nam od tyłu. Weszliśmy za płot jakoś tak wyszło”. Gdy dotarłem na miejsce i zobaczyłem tę kolejkę, byłem przerażony. Wszyscy stali z instrumentami, do tego było strasznie zimno. Podszedłem do punktu, gdzie sprzedawali kawę, idę i patrzę, że jakiś koleś przechodzi przez bramki. Ruszyłem za nim, zobaczyłem, jak macha do ochroniarza i idzie dalej, więc zrobiłem to co on i mi też też udało się przejść.

 

Piciu: Ja pamiętam, że chłopaki poszli na chwilę do samochodu się ogrzać i zostałem sam, pilnując kolejki. Nie znam tych czasów, ale podejrzewam, że moi rodzice wiedzieliby jak się w takich sytuacjach zachowywać, więc po prostu stałem i czekałem. Mijało 10-15 minut, a ich wciąż nie było, po czym dostaję telefon i słyszę jak Simon mówi: „Piciu stój w tej kolejce i patrz przed siebie”. Spoglądam, a Simon machał mi ze środka.

 

Posiadacie swojego managera. Myślicie, że zespołowi potrzebna jest taka osoba?

 

Michu: Zacznijmy od tego, że wcześniej wszystko ogarnialiśmy my. A im więcej zaczyna się grania, muzyk bardziej powinien skupić się na muzyce. Piotr pojawił się w idealnym momencie. Wydaliśmy EPkę i zaczęły dziać się różne rzeczy. Mamy to szczęście, że dobrze radzi sobie w kwestiach zarządzania . Jest szóstym członekiem zespołu. Zajmuje się tymi sprawami, których my byśmy już nie ogarnęli z racji natłoku spraw życiowych i większego skupienia się na muzyce. Gdy ma się po 5 koncertów w miesiącu, ciągle trzeba dzwonić, potwierdzać, itd.

 

Piciu: Świetne jest to, że gdy dojeżdżasz na koncert, masz osobę, która, gdy coś nie gra, może cię wyręczyć. Nie musisz szukać kogoś odpowiedzialnego za problem przed koncertem, tylko odzywasz się do managera, który to załatwi. Możemy się skupić i ze spokojem zainstalować na scenie.

 

Simon: Nakręca też wiele różnych imprez!

 

Michu: Usystematyzował to, co w pewnym stopniu stało się dla nas amokiem. Trzeba było pamiętać, czy ktoś gdzieś zadzwonił, wysłał informację, itd. Teraz skupia się to na jednej osobie, co pozwala uniknąć nieporozumień.

 

Więc teraz o Waszej przyszłości. Wiem, że nagrywacie album. Myśleliście już, czy chcecie wydać ją we własnym zakresie, czy będziecie szukać wydawcy?

 

Piciu: Gdyby każdy chciał wydać płytę, wszedłby do sklepu i nie wiedział, co wziąć.

 

Michu: Nie śpieszymy się z wydawnictwem i wydaniem, bo nie jest problemem znalezienie wytwórni. Nie o to nam chodzi. Chcemy wydać materiał zdeklarowany i świadomy. Być może to będzie luty, czy marzec. Zależy też u kogo będziemy nagrywać. Jeszcze tak naprawdę o tym nie rozmawialiśmy, bo póki co skupiamy się na tym, by skończyć z 12 utworów i mieć te 8-9, które wejdzie na płytę. Nadszedł taki czas, że nie boimy się diametralnie zmieniać i przekształcać numerów. Ja bym nam życzył żeby wydanie tej płyty zapoczątkowało koniec stresu związanego z życiową szarością. Chcielibyśmy znaleźć management, który pozwoliłby nam zagrać w roli supportów gwiazd koncertujących w Polsce, ale móc też wystąpić poza granicami.

 

Czesiu: Zdarza się, że ktoś nie posłuchał jeszcze muzyki i zadaje pytanie: „śpiewacie po polsku?”. Gdy dowiaduje się, że nie, po prostu odmawia dalszej współpracy. Jeśli tak podchodzimy do tematu, to rzeczywiście ciężko będzie się dogadać.

 

Piciu: Rozmawialiśmy z paroma wytwórniami i był jakiś kontakt, ale póki co odbieramy to tak, że wydawca robi nam łaskę. Samo wydanie płyty, w dobie Internetu, nie jest czymś, co musi nastąpić. Chodzi o to, by grać koncerty, istnieć w mediach, bo to jest bardzo ważne. Chodzi też o to, byś mógł robić to swobodnie. Gdy dostajesz kontrakt, musisz zagrać tyle i tyle koncertów w danym miesiącu, ale organizujesz je we własnym zakresie. Nie jest to łatwy kawałek chleba. Czasami to, co miało być twoim marzeniem, może stać się twoim stresem. Choćbyś nie miał sił, musisz wywiązać się z kontraktu. Nie mamy wydumanego wyobrażenia o samych sobie, ale za bardzo zależy nam na tym, co robimy razem, by głupim błędem to zaprzepaścić i przestać się tym cieszyć.

 

Czesiu: Można odnieść wrażenie, że wytwórnie w Polsce patrzą na zespoły tylko i wyłącznie jak na swój potencjalny zarobek i nic więcej.

 

Ale tak chyba często bywa i to nie tylko w Polsce…

 

Piciu: Jasne. Wydaje mi się, że droga na skróty nie jest dobrą drogą.

 

Michu: Dopóki nie mamy płyty możemy sobie myśleć i wyobrażać. To jest tak samo, jak myślenie: co by było, gdybym mieszkał na Marsie? Musi być płyta i wtedy będziemy patrzeć jaki jest odzew. Puszczają nas różne radia i jest niby super. Nawiązaliśmy natomiast kontakt z MTV i zadali nam pytanie: „będziemy puszczać Wasz teledysk, ale co to Wam da? Promocję EPki? Nagrajcie płytę, wtedy, na dwa tygodnie przed jej wydaniem, będzie można zrobić promocję przy pomocy teledysku.”

 

Dzięki za wywiad!

 

Rozmawiał: Artur Kasprzyk

Komentarze  

 
0 # Cenia 2011-11-22 21:00
Są doskonali w tym co robią, są sobą, gratuluję:)))
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 
 
+1 # Kroto 2011-11-29 22:32
Ja cie kierpce! ale mega to wszystko :)))
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Zespół

FZ tworzy:5134 zespołów
25670 muzyków
Dodaj zespółZnajdź zespół
 

Przeczytaj również...

Zapraszamy do lektury krótkiego wywiadu ze Zgredybillies                        
„To prawdziwy amerykański rock prosto z Warszawy. Jeden z tych zespołów, na których koncert wpadasz przypadkowo, a potem chcesz, żeby grali co tydzień” –...
Eris Is My Homegirl, to muzyczne objawienie ciężkiego grania z programu „Must Be The Music”.  Korzenie zespołu sięgają listopada 2008, lecz ...
Zapraszamy do lektury wywiadu z Romanem Bereźnickim - liderem grupy Lecter                      
Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Dawidem Portaszem z zespołu Jafia Namuel                
O muzyce Neurasji trudno powiedzieć jako o muzyce konkretnego nurtu. To oryginalna, zmierzająca w kierunku rockowej alternatywy twórczość, na którą...
Zespoły, które składają się wyłącznie z przedstawicielek płci pięknej należą w naszym kraju do rzadkości.                 ...
Blindead – jeden z najważniejszych zespołów nie tylko krajowego post-metalu, zakończył niedawno promocję swojego ostatniego albumu "Afflliction XXIX II...
Zapraszamy do przeczytania wywiadu z półfinalistą Eliminacji do Przystanku Woodstock.                  
Neuronia znowu wchodzi do studia. Zapraszamy do lektury wywiadu!                

Partnerzy

OwsiakNet.pl - Portal Pozytywnych InformacjiIzabelin StudioJedynka Polskie RadioPrzystanek Woodstock FestivalFundacja Wielka Orkiestra Świątecznej PomocyINVESTcon GROUP S.A.
PolsoundESS AudioAplauz AudioSalony Muzyczne RIFFCopernicus Center Fundation

Współpracujemy z...

Klub.fmStowarzyszenie SAWPDla StudentaGM RECORDS - tłocznia nośników optycznychTABASCO - Event Marketing i Produkcja TelewizyjnaRadio RevoltaPepsi RocksMLWZG-Unit RecordsUnited Vision