Są pewne rzeczy obowiązkowe w życiu ludzkim. Obowiązkowe lektury dla uczniów, obowiązkowe ubezpieczenie dla kierowców, dla Muzułmanina obowiązkowa pielgrzymka do Mekki itp. Ja poznałem coś, co powinno stać się obowiązkiem dla każdego mieszkańca tego rejonu świata: obecność na festiwalu Woodstock – Paweł Nowakowski, lider formacji Lessdress opowiada Fabryce Zespołów o swojej Przygodzie z Przystankiem Woodstock!
Nie po to by posłuchać muzyki. Po to, by zobaczyć, jak wyglądają i zachowują się ludzie w społeczności zupełnie innej niż ta, w której żyją na co dzień, w społeczności nie skrępowanej układami w pracy lub szkole, konwenansami, prawem, modą, porą dnia (a raczej doby) i cholera wie czym jeszcze. To, co zobaczyłem urzekło mnie. Znalazłem się w raju. Ludzie razem, bez strachu. Ale może po kolei...
Strefa przyfrontowa
Wyruszyliśmy z Warszawy wczesnym popołudniem. Podróż przebiegała standardowo. Na ogół muzycy rockowi nie potrafią wsiąść do pojazdu grupowego bez alkoholu. Tym razem przyznam jednak, że zachowywaliśmy profesjonalny umiar. Pierwsza butelka pojawiła się dopiero po drugich światłach. W okolicach Kostrzyna utworzył się apokaliptyczny korek, który uniemożliwił nam dotarcie do okolic sceny. Ostatnie kilometry pokonywaliśmy pieszo w ciemnościach wśród tłumów idących w tym samym i przeciwnym kierunku.
Wyobrażałem sobie, że tak musi wyglądać strefa przyfrontowa: korki, przemarsze wojska na linię i schodzący z niej sanitariusze, a w oddali za lasem łuna frontu i niski pomruk dział. Były nawet szperacze wykierowane w niebo jakby szukały bombowców w ciemnościach. Moje serce zabiło szybciej kiedy pomyślałem, że niebawem stanę ze swoją kapelą na samym tym froncie by zmierzyć się z nim...
Muzykom wyrastają skrzydła...
Kiedy zobaczyłem pierwszy raz scenę z bliska i od zaplecza poczułem ulgę. Nie była już anonimowa, wielka i nie przyjazna jak owa „linia frontu”. Na zapleczu panował spokój, a muzycy schodzili uśmiechnięci i w jednym kawałku. Bez ran. Nikomu tu nie urywało nóg lub rąk. Widziałem raczej jak wyrastają skrzydła... Po oswojeniu sceny poszliśmy na kilka piw i pojechaliśmy do hotelu w Gorzowie. Na łóżko padłem tuż przed świtem. Niestety, gdy słońce tylko wzeszło, przeszukało cały Gorzów i znalazło mnie. Walczyłem z nim kusą zasłonką ale po paru minutach mnie odnajdywało i sen zamieniało w piekło. W końcu podjąłem kroki radykalne i wyniosłem się do łazienki, która kusiła swym mrokiem. Spaliśmy krótko. Następnego ranka byłem bardzo zaskoczony, że w czasie zachowywania tego „profesjonalnego umiaru” coś się jednak do organizmu przedarło i razem z niewyspaniem daje całkiem przyzwoity dygot oraz niechęć do dalszego życia. Świetnie - pomyślałem – niby taki doświadczony, a dałem się załatwić jak dziecko. Zresztą koledzy też świeżością nie biją.
Zobaczyłem Woodstock za dnia
Oby przetrwać tylko próbę dźwięku, to potem się prześpię i przed występem będę jak nowy. Tak kombinowałem, jadąc busem po śniadaniu. Jednak w Kostrzynie zobaczyłem coś, co mnie wyleczyło z apatycznego stuporu w kilka sekund. Zobaczyłem Woodstock za dnia. Teraz nie było już mowy o porównaniach do linii frontu. Zobaczyłem szczęśliwych ludzi w ilościach i rodzajach, jakich nigdy nie widziałem przedtem. W scenerii, jakiej również nie widziałem nigdzie indziej. To wyglądało tak, jakby nastąpił kres znanej nam cywilizacji i teraz ludzie żyli w namiotach niczym Beduini i nie musieli nic robić tylko pić piwo, słuchać muzyki, kąpać się w błocie i kochać! Po tak potężnej dawce pozytywnych wibracji wzruszyłem się.
Kac i niewyspanie minęło w jednej chwili i poczułem radość i podniecenie, że staniemy się jednością z tym społeczeństwem nocą podczas koncertu. Próba dźwięku dała mi jego przedsmak. Warunki na scenie dawały uczucie nieśmiertelności. Chciało się grać już, natychmiast, nie schodzić. A już kompletnie niewyobrażalne wydawało się czekanie dwunastu godzin na występ!
Czyżby jednak trema?
Po kilku pierwszych godzinach, kiedy adrenalina nieco zeszła, uznaliśmy, że dobrze będzie się może zdrzemnąć i wyprysznicować. Pojechaliśmy więc do hotelu. Leżę, leżę i dupa. Sen jest gdzieś za zakrętem, piasek w oczach jak cholera, ale co zasypiam to budzi mnie któraś z naszych piosenek, które samowolnie przewijają mi się przez łeb. Czyżby jednak trema? Przypomniałem sobie, jak Arek, nasz bębniarz, mówi mi, że nigdy nie miewa tremy. I nie wie czemu, ale to go nie dotyka. „Szczęściarz pewnie słodko śpi teraz” pomyślałem i wyobraziłem sobie las. Jak się skupię na czymś nudnym to zawsze zasypiam. Szło nie najgorzej aż do momentu, kiedy w lesie pojawiło się oślepiające światło i głos krzyknął „...przed wami Lessdress!!!” Zerwałem się z tego letargu z szybko bijącym sercem. Wreszcie nadszedł czas wyjazdu. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, zaobserwowałem, że bliskość sceny mnie uspokaja.
Nawet udało mi się zmieść kiełbasę z grilla, co byłoby niemożliwe przy podwyższonej tremie. Czekanie jest nieznośne. Zrobiłem już wszystko, co mogłem przed występem: zjadłem, zmieniłem struny, dałem wywiad, siusiu, sprawdziłem strojenie, a do występu ciągle dwie godziny!!!
...to się wreszcie dzieje rzeczywiście.
Gra Life of Agony. To znak, że już nie długo. Life of Agony kończy po bisach. Teraz nieodwołalnie my. Klepię kolegów i posyłam im uśmiechy. Wypycham na scenę Arka żeby rozpoczął, po chwili wychodzi Krzysio, Marcin i moja kolej... A może odwrotnie? Kto by to wiedział. No i jestem przed mikrofonem, na środku sceny. Nie muszę już obracać w głowie tego występu i numerów, które zagramy, bo to się wreszcie dzieje rzeczywiście. Jestem spokojny, czuję, że gardło mnie nie zawodzi. Będzie pięknie. Widzę, jak ludzie się bawią i tylko to wydaje się być ważne. Jestem skupiony i w euforii zarazem. Tej muzyki nie można grać inaczej. Na chwilę z raju wytrąca mnie brak gitary basowej w refrenie. Marcin tak zaszalał, że mu nadajnik się odczepił i upadł. Bacznie obserwuję, co będzie dalej? Czy się urządzenie nie popsuło? Jednak nie, podpiął i gra dalej. Wracam do raju. Czas podczas grania koncertu zawsze płynie inaczej, a co dopiero taki koncert. Nim się zdążyłem nim nacieszyć, zaczynaliśmy ostatni numer. Pociągnąłem go tak bezczelnie długo, jak się tylko dawało. Do szczęścia potrzeba jeszcze tylko śpiewu widowni. Myślę zresztą, że zarówno nam jak i widowni. I to się dzieje. Tysiące gardeł śpiewa z nami „Down Like a Man”. Można by tak z godzinę jeszcze... Nie czuję zmęczenia. Niestety nadchodzi ostatni „rzęch” i akcent na koniec. Schodzimy. Jakże chciałoby się coś na bis zagrać... I jest bis! To dla muzyka zawsze dowód, że nie zmarnował dnia.
Wszyscy przez kilka dni byliśmy w raju
Już parę chwil po występie wszystko jednak traci realność, staje się kolorowym rozmazem pod przymkniętymi powiekami. Jedynym d
owodem na to, że przeżyłeś coś niezwykłego jest stan w jakim ciągle jesteś: pot leje się kubłami, krew krąży szybko i o niczym innym nie możesz jeszcze myśleć. Jakby organizm nie nadążał za tym wysiłkiem w czasie rzeczywistym i teraz musiał „dogonić”. Aby go trochę okiełznać teraz już można zerwać ze strategią „profesjonalnego umiaru”. Wypijam więc kilka haustów Jacka Danielsa i trzy piwa. Organizm się uspokaja. Świta. Dookoła nas widok post-apokaliptyczny: wszędzie kurz, śmiecie i gdzieniegdzie ciało kogoś, kto też nie lubi „profesjonalnego umiaru”. Wielka scena śpi, obok pulchny facet w ubraniu superbohatera oddaje mocz. Na wzniesieniu - bure od kurzu miasteczko, a właściwie miasto namiotowe jest pogrążone we śnie. Bajka. Patrzę na to wszystko długo aby lepiej zapamiętać. I na razie pamiętam. A jak się kiedyś wspomnienie przetrze? Straci ostrość i kolor? Wtedy, mam nadzieję, że zawsze, będzie można przystąpić do eliminacji... Pomagajmy wszyscy Jurkowi Owsiakowi, tacy faceci nie rosną na drzewach. Dzięki niemu chyba wszyscy przez kilka dni byliśmy w raju.
Paweł Nowakowski, LESSDRESS
opracował Paweł Boroń
Zdjęcia: www.wosp.org.pl