czytaj dalej >>
Maciej Madejski :: wtorek, 11, październik 2016

Ian Gillan: „Gdy jestem wśród Polaków, dostrzegam ten szczególny dar pozytywnego myślenia”

Ian Gillan często przyjeżdża do Polski. Ale z Deep Purple. A co powiedzielibyście o występie Iana bez macierzystej grupy, ale za to z towarzyszeniem Orkiestry Akademii Beethovenowskiej pod batutą Stephena Bentleya-Kleina oraz grupy Don Airey Band, czyli zespołu… klawiszowca Deep Purple? Na taki właśnie koncert, 19 listopada w warszawskiej Hali Koło zaprasza, wraz z patronującą FZ, Cinematographer Productions.

A my tymczasem wykręciliśmy do Iana, zastając go w Londynie… Porozmawialiśmy oczywiście nie tylko o Deep Purple. Zapraszamy do lektury.


Witaj Ian, już niebawem zaszczycisz nas kolejną wizytą w Polsce, tym razem jednak nie z Deep Purple, a na specjalnym koncercie z orkiestrą symfoniczną. Czy w programie znajdą się tylko żelazne hity Deep Purple, czy też sięgniesz po coś innego?

To będą nie tylko kawałki Deep Purple, to będzie Deep Purple i znacznie więcej, również moje solowe rzeczy, które przegryzają się z taką formułą koncertu. Będzie też trochę kawałków Purple, których nigdy lub od wieków nie graliśmy na regularnych koncertach. Na przykład „Razzle Dazzle”, który w ogóle jest moim ulubionym utworem Deep Purple; także „The Unwritten Law”, które nigdy nie było wykonywane na żywo…

O, utwór z płyty, której wyjątkowo nie lubisz, „The House Of Blue Light”…

Tak, nie lubię tej płyty jako całości. Niektóre kawałki są w porządku, ale albumowi brakuje spójności , to raczej zbiór piosenek niż płyta z prawdziwego zdarzenia. Ale wracając do Twojego pytania - będę wykonywał także „Anję”, która grana była na żywo tylko kilkukrotnie, podczas jednej trasy, gdy Ritchie (Blackmore, były gitarzysta – przyp. MM) był jeszcze z nami, ale nigdy od tamtej pory, czyli od bardzo, bardzo dawna.



Szukałem takiego repertuaru, który byłby odpowiedni dla tych a nie innych muzyków, dla orkiestry – wszystkich zaangażowanych w ten konkretny projekt. I była to fajna zabawa, wybieranie tych wszystkich utworów. Albo takie „No More Cane On The Brazos”, z mojej solowej twórczości… Ale to nie wszystko, będzie coś jeszcze. Więcej nie zdradzę (śmiech)

Skąd pomysł koncertu z orkiestrą? Dużo będzie takich występów?

Tylko dziesięć. A doszło do nich dlatego, ze miałem akurat dwa tygodnie wolnego od Deep Purple. Mój menedżer porozumiał się z promotorem – z którym zresztą współpracowaliśmy już wcześniej jako zespół – i padło pytanie: chciałbyś zorganizować kilka solowych koncertów Iana Gillana? A ja zgodziłem się z radością, bo nie mam okazji zbyt często robić podobnych rzeczy. Zakończyliśmy właśnie prace nad nowym albumem Deep Purple i nic nie robimy do przyszłego roku, zatem idealnie zgrało się to w czasie.

No tak, należysz do pracusiów. Ale był taki moment po Twoim pierwszym odejściu z zespołu, gdy porzuciłeś na jakiś czas śpiewanie. Czy dziś potrafiłbyś wyobrazić sobie swoje życie bez muzyki?

O nie… Wiesz, ja byłem otoczony muzyką od dziecka. Mój dziadek był śpiewakiem, mój wujek pianistą jazzowym, moja babka baletnicą - do dziś pamiętam ją tańczącą w domu "Jezioro łabędzie". Ja sam śpiewałem w kościelnym chórze, byłem sopranem. Miałem już więc pewne doświadczenie w momencie kiedy pojawili się Elvis, Little Richard czy Chuck Berry, ci wszyscy. I moje zainteresowania oczywiście podążyły w tym kierunku, bo to było doświadczenie całej mojej generacji. Tak więc muzyka zawsze była dla mnie na tyle istotnym elementem, że gdy ją porzuciłem zawodowo na kilka lat, nie zniknęła z mojego życia. Nadal śpiewałem pod prysznicem, słuchałem radia i odtwarzałem płyty. Zmieniła sie jedynie moja profesja. A co bym teraz robił nie będąc muzykiem? Nie mam pojęcia. Muzyka jest skorelowana z całą resztą mojego życia, nie jest czymś wyizolowanym. Jest częścią mnie. 

O Deep Purple powiedziano i napisano już niemal wszystko, ale przecież masz też bogatą twórczość solową i z innymi zespołami, chociażby Black Sabbath na jednej z ich płyt. Twoje własne albumy nie są jednak tak znane, jak te nagrane z Deep Purple. Którą z nich byś zatem polecił komuś, kto zna Cię tylko z Purpli?

To bardzo trudne, bo to, co jest moim ulubionym dziełem dziś rano, może nim nie być wieczorem. Jeśli zapytałbyś mnie później, dostałbyś zapewne inną odpowiedź. Na ten moment wskazałbym na "Accidentaly On Purpose", naszą wspólną płytę z kolegą z zespołu, Rogerem Gloverem.

Płytę zupełnie nie w Waszym, hardrockowym stylu…

Widzisz, każdy album to wynik chemii pomiędzy muzykami przebywającymi w studio lub przy komponowaniu. To nie jest tak, że ja koniecznie chcę napisać coś innego, po prostu muzyka sama się pisze, z powodów, o których mówiłem przed chwilą. Nigdy nie było żadnego planu w niczym , co stworzyłem w całym swoim życiu. To zawsze było na zasadzie: o, to przyszło mi coś do głowy, więc to zarejestrujmy. A w przypadku "Accidentally..” wyobraź sobie, że byliśmy z Rogerem bardzo niezadowoleni z atmosfery jaka panowała w studiu i czuliśmy się niespełnieni. Ale czas to zniwelował.



Wiesz, jeśli jesteś autorem albo, np. malarzem, twoje dzieło popełnione na wsi będzie inne iż to, co stworzyłbyś w tym czasie na wsi lub nad morzem. Twoja praca w zimie będzie inna niż twoja praca latem. Twoja praca za młodu będzie inna niż ta, którą zrealizowałeś jako stary człowiek (śmiech). To po prostu podróż przez życie. Zawsze gdy spojrzysz przez okno, zobaczysz coś innego, a to się odbije w twojej sztuce. Nie wydaje mi się , by to było coś specjalnie szokującego.


W czasach gdy nie występowałeś w zespole, śpiewali w nim inni, jak David Coverdale, Glenn Hughes czy Joe Lynn Turner. Co o nich myślisz i czy możliwy byłby jakiś specjalny koncert, na którym zmierzyłbyś się z ich utworami Deep Purple?

Nie widzę w tym sensu, bo tam nie leży moje serce. Ja mogę śpiewać tylko z pasji. nie widzę więc żadnego powodu, by śpiewać tamte piosenki. one są już na płytach i tam brzmią fantastycznie. David Coverdale ma wspaniały głos, Glenn również. Ich nagrania z Deep Purple to świetna muzyka, może nie do końca moja bajka, bo bardziej w soulowym stylu, ale to obiektywnie świetne rzeczy. Jednak nie moje. Jak powiedziałem, one brzmią najlepiej w ich wykonaniu, więc cóż ja mógłbym do nich dodać? Naprawdę mam mnóstwo szacunku do wszystkich muzyków Purple we wszystkich wcieleniach tego zespołu, ale czemu ja miałbym je śpiewać?

Ot, dla wiernych fanów zespołu. Oni by to przyjęli z entuzjazmem.

Ale ja nigdy w życiu nie zrobiłem i nie zrobię niczego pod dyktando fanów. Robię tylko to, w co głęboko wierzę i mogę mieć tylko nadzieję, trzymając kciuki i modlić się, by fanom się spodobało. Nic więcej. Bo jeśli nie – cóż, przykro mi, ale nie potrafię robić rzeczy z nastawieniem, by kogoś zadowolić.

Porozmawiajmy o najnowszej, nie wydanej jeszcze płycie Deep Purple…

Jest skończona, jest gotowa i ukaże się w lutym następnego roku. Taki jest plan. Jestem bardzo tym podekscytowany. Ta płyta po prostu sie zdarzyła, bardzo organicznie. Bo to nie jest mechaniczny proces, to nie ciąża - 9 miesięcy i po krzyku. Tutaj jest tak, że kiedy jesteś gotowy, to jesteś gotowy. Fantastycznie się nam pracowało ponownie z producentem Bobem Ezrinem (nagrywał Alice Coopera, Pink Floyd i wielu innych – przyp. MM). Byliśmy jednocześnie bardzo zajęci koncertując, więc sesje sprowadziliśmy do trzech spotkań, podczas których zmaterializowaliśmy pomysły, które mieliśmy już od jakiegoś czasu. Polecieliśmy do Nashville i w ciągu 10 dni nagraliśmy płytę. Jak dla mnie brzmi całkiem nieźle, ale to jest mój subiektywny punkt widzenia. zaczekam więc na reakcję publiczności.

Ale coś pewnie mógłbyś ujawnić na temat tego krążka?


Opowiem Ci pewną historię. Rozmawiałem ostatnio z pewną dziennikarką z Japonii w ramach promocji dalekowschodniego tournee i ona mnie dopadła: opowiedz mi o nowej płycie Deep Purple. Ja na to: W jaki sposób? To byłyby tylko słowa, jedynie moja opinia. Na co ona: Ale wasi fani chcą wiedzieć… Więc mówię jej: No cóż, naprawdę musiałabyś jej posłuchać, twoja opinia sie liczy, nie moja. Nie odpuszczała, więc wreszcie jej odpowiedziałem: Słuchaj, jedyne co mogę powiedzieć to to, że to najwspanialsze dźwięki, jakie powstały w całej historii muzyki. A ona: Wow, fantastycznie, powiem zaraz wszystkim… (śmiech)



To byłyby tylko PR-owskie bzdury, gdybym ci opowiadał jaka jest fantastyczna. Ja ją lubię, każdy z nas wykonał na niej wspaniałą robotę. Momentami jest zaskakująca i cały czas mamy ochotę na małą rewolucję, jeśli chodzi o teksty, są całkiem polityczne, a muzycznie jest miejscami oryginalna, choć to zarazem kontynuacja poprzedniej płyty. Jest miejsce na dłuższe formy, na improwizacje, to nie jest zwykła kolekcja krótkich piosenek.

Widzimy się w Polsce już za miesiąc. Nie podejmę się liczenia, która to już Twoja wizyta u nas…

(śmiech) Byłem w Polsce wiele razy więcej niż jest to udokumentowane, ponieważ przyjeżdżam do was także na wakacjach, mam tu przyjaciół, z którymi uwielbiam spędzać wolny czas. Wasz kraj, jeśli chodzi o wygląd - mam na myśli przynajmniej tereny pozamiejskie - nie różni się jakoś specjalnie od Anglii. Ale już ludzie, kultura, nawyki, jedzenie - to czyni Polskę wyjątkową. A przyjaźń spina te wszystkie rzeczy. Podoba mi sie polski duch, tak bym to ujął.

Zatem teraz ja, na zakończenie naszej rozmowy, przycisnę Cię niczym japońska dziennikarka: na czym polega ten specyficzny "polski duch"?

Hmm, to kwestia pewnej determinacji oraz tożsamości, do której ja potrafię się odnieść. Wierzę że każda osoba potrzebuje dwóch rzeczy, by osiągnąć szczęście: poczucie celu i poczucie przynależności. W niektórych kulturach te kwestie są dość zamazane, schowane za chmurami - z tego czy innego powodu. A w Polsce widzę czyste niebo. Więc gdy jestem wśród Polaków, dostrzegam ten szczególny dar pozytywnego myślenia, uwielbiam to. Nawet gdy kłócę się z moimi polskimi przyjaciółmi jak szalony (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał Maciej Madejski

Kategorie Polecamy | Wywiady

Video

zobacz więcej >>

Patronujemy

Nasi Partnerzy:

Współpracujemy: