
Czy wyobrażacie sobie przystanek Woodstock bez muzyki reggae? To było oczywiście pytanie retoryczne. Dźwięki spod znaku czerwono-żółto-zielonej flagi najskuteczniej jednoczą we wspólnej zabawie ludzi wszelakich muzycznych wyznań. Nie inaczej było w przypadku świetnego koncertu formacji Raggafaya, udokumentowanym na kolejnym efektownie wydanym DVD wydawnictwa Złoty Melon.
Jeżeli nagroda Złotego Bączka przyznawana byłaby za radość grania, sześcioosobowy skład z Koszalina na pewno byłby jednym z głównych pretendentów do jej otrzymania. Radość ekipy Raggafaya z przebywania na scenie, przyrównać można tylko do grupy rozbrykanych przedszkolaków zamkniętych w wielkim sklepie z zabawkami. Entuzjazmem, uśmiechem, oraz pozytywnym, zaraźliwym ADHD, można by obdzielić kilka innych kapel, chwilami odnosi się wrażenie, że gigantyczna arena festiwalu jest dla nich zwyczajnie za mała. Zresztą sam Jurek Owsiak na okładce zaznacza, że to najbardziej radosny koncert tej edycji festiwalu. Podobnie jak opisywany przez nas wcześniej Enej, to kolejny zespół, mający na swojej artystycznej drodze epizod z programem „Must Be The Music”. Na scenie przemieniają się w zakręconych szamanów mieszających w wielkim, buzującym kotle reggae z hip-hopem, słuszną porcją ska, szczyptą punka i odurzających się jego oparami. A propos rozmaitych oparów, członkowie Raggafaya doskonale wiedzą co w trawie piszczy i chętnie dzielą się tą wiedzą w swoich piosenkach. Równie ochoczo sięgają także po tradycyjne dla tego gatunku tematy, czyli bezpretensjonalną afirmację miłości nie tylko do muzyki, pokoju i jedności. Zespół wystąpił w środku dnia, ale nawet ta mało wdzięczna pora nie przeszkodziła im, w totalnym zawładnięciu kostrzyńską publicznością. Trzeba przyznać ze kamerzyści mieli podczas ich występu wyjątkowo trudne zadanie – ciężko nadążyć wzrokiem za muzykami Raggafaya którzy zwyczajnie nie potrafią ustać w miejscu - przemierzają scenę w biegu i podskokach, przekrzykują się i bezustannie przekomarzają, zarówno miedzy sobą a publicznością. Duża z tym zasługa aż trzech, hiperaktywnych wokalistów. Nasuwają się skojarzenia z Vavamuffin – to mniej więcej podobny poziom ekspresji oraz zabawy na scenie. Jeśli chodzi o repertuar, koncert potraktować można jako swoiste greatest hits zespołu – zespół zagrał tutaj praktycznie wszystko to, z czego jest najbardziej znany. Bezapelacyjnie jednym z najjaśniejszych punktów występu, było wykonanie coveru „Cannabis” hiszpańskiej formacji Ska-P, które wywołało totalne szaleństwo wśród publiczności. To jeden z kultowych hitów nie tylko tej kapeli, ale także całej woodstockowej gawiedzi. Co ciekawe, w utworze tym gościnnie na scenie znalazł się szalejący Wojtek Wojda z Farben Lehre, który jest także managerem kapeli.
O jakości koncertu Raggafaya, najlepiej zaświadczy świadczy gromkie „Sto lat” wyśpiewane przez publiczność na zakończenie ich koncertu oraz długie nawoływanie na bis, które towarzyszy nam w czasie końcowych napisów. Podobno śpiewający klawiszowiec zespołu po koncercie stwierdził ze teraz pozostaje mu już tylko umrzeć. Droga Raggafayo, nie umierajcie, tylko powtórzcie za rok ten niesamowity występ!
Krzysztof Stachowiak
Recenzje płyt