
Wrzucając do odtwarzacza płytę projektu BartBass, byłem przekonany ze to kolejny, pełen popisów i szaleństw na gryfie album wirtuoza gitary (tutaj akurat basowej), na którym będzie dawał upust swojej technice. W tym przypadku jest jednak inaczej.
“Progressive Life” to już drugi album pochodzącego z Krakowa Bartosza Szweda, od dłuższego czasu związanego z dźwiękami czterech strun, oraz zespołami takimi jak Złe Psy, Vintage czy też 230 Volt. Jeśli wierzyć informacjom z sieci, płyta rodziła się długo, bo przez ostatnie dwa lata. Imponująca lista gości biorących udział w tym wydawnictwie, powinna przyprawić o szybsze bicie serca każdego fana rocka. Niezmordowany skrzypek Michał Jelonek, Andrzej Nowak, legendarny gitarzysta TSA i wspomnianych wyżej Złych Psów, Tomas Sanchez, czy też nasza polska krew w zespole Scorpions -basista Paweł Mąciwoda. Dodatkowo w ostatnim utworze na płycie zaśpiewał Jacek Dewódzki, były wokalista Dżemu. Obowiązki wokalne na płycie podzielono między dwóch wokalistów - mieszkającego w Krakowie Irlandczyka Liama MacMhurri, oraz Efrema Wildera z formacji Stirwater. Ufff - po takim zawirowaniu personalnym można by zacząć obawiać się o spójność płyty, na szczęście “supergrupa” wychodzi z tego bez szwanku. Wbrew tytułowi płyty, muzyka zawarta na “Progressive Life” nie ma raczej wiele wspólnego z rockiem progresywnym, nie licząc bogato zaaranżowanych partii niektórych instrumentów. Nie ma tutaj żadnych wypełniaczy, ani niepotrzebnych dźwięków - wszystko przemyślane od początku do końca, na jednakowym, niezwykle wysokim poziomie. Te stosunkowo krótkie piosenki to bardzo amerykańskie granie - muzyka drogi, pełna southernowych i bluesowych korzeni, dźwięki których z pewnością najlepiej słuchałoby się w samochodzie lub chopperze, pędząc niekończącą się autostradą z pustynią w tle. Po prostu stary, dobry amerykański hard rock z dużym ukłonem w stronę klasyków gatunku. Fajnie to wszystko płynie i przede wszystkim brzmi naprawdę rasowo, głównie za sprawą świetnie czujących ten klimat, i śpiewających z feelingiem wokalistów. Rewelacyjnie słychać to zwłaszcza w mocniejszych fragmentach płyty, opatrzonych mocnymi riffami. Kojarzy się to nieco z twórczością Zakka Wylde i jego Black Label Society, szkoda tylko ze tych fragmentów jest zdecydowanie za mało. Może przy następnej płycie? Nie ma co dłużej się rozwodzić - jeśli kochacie takie amerykańskie klimaty, nie możecie przegapić tego albumu.
Krzysztof Stachowiak
Recenzje płyt