
Dość specyficzna nazwa zespołu, jeszcze dziwniejszy tytuł płyty - do tego image równie odjechany niczym muzyka. Niezwykle krótkie, debiutanckie wydawnictwo wrocławskiej Przeciwziemi to naprawdę jedyny w swoim rodzaju odlot.
Mimo że uwielbiam wszelkiego rodzaju muzyczne odjazdy i wariactwa, po pierwszym przesłuchaniu zacząłem się zastanawiać czy muzycy tego zespołu nie cierpią czasem na jakieś rozdwojenie, albo z racji tego ze jest ich trzech, roztrojenie jaźni. Z jednej strony mamy tu mocny, lekko grunge’owy wokal wyśpiewujący dość surrealistyczne teksty, z drugiej zaś akompaniament w stylu...no właśnie, jakim ? Z jednej strony są to dość proste, akustyczne rockowe piosenki, wzbogacone jednak klawiszami które są tutaj sprawcami największego zamieszania, serwując nam dźwięki począwszy od klimatów rodem z lat 80 aż po klasyczne solo na fortepianie czy też niemalże artrockowe wstawki. Otwierająca płytę “Fryderyka” rozbraja po prostu swoim tekstem, z kolei utwór “Czasem” jest chyba najbardziej konkretną propozycją zespołu - ze swoją urokliwą melodią, jest całkiem sporym zadatkiem na przebój. Z kolei zamykający płytę “Kanibal” ze swoją podniosłą, niemal progresywną aranżacją, brzmi...orientalnie. Mało tego, na sam koniec kawałka, muzycy serwują nam improwizowaną, instrumentalną codę. I bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze. Zastanawiam się, czy ta muzyczna schizofrenia i szalony eklektyzm to wynik jakiejś zaplanowanej strategii, czy też muzycy pozwalają sobie po prostu na totalny spontan i szaleństwo? Umiejętności technicznych, dość wysokich swoją drogą, na pewno nie sposób im odmówić. Może się mylę ale mam wrażenie ze zespół znajduje się na etapie poszukiwania swojego stylu, próbując przy tym rozmaitych, często skrajnych środków wyrazu. Tak czy owak, da się tego słuchać i jest to na swój sposób na pewno oryginalne - i na pewno choćby dlatego warto posłuchać debiutu Przeciwziemi. Czekamy na dalsze dokonania.
Krzysztof Stachowiak
Recenzje płyt