
"Rock ‘n’ roll is about fucking" rzekł ongiś Robert Fripp, gitarzysta legendarnego King Crimson. W tym kontekście zupełnie nie dziwi nazwa krakowskiego Pussy Lovers. Zaskakuje za to sama muzyka zespołu. Czy pozytywnie ? Przeczytajcie sami.
Sugerując się nazwą, spodziewałem się rozerotyzowanego funku spod znaku Red Hot Chilli Peppers czy innych Blendersów, ewentualnie krzepkich hardrockowców z herbatą w butelce po Jacku Danielsie, wpatrzonych w falujące pod sceną biusty. Pozory jednak mylą, muzyka Pussy Lovers to nie żadne pieprzenie o pieprzeniu, tylko wzorcowy, współczesny hałas.
Na okładce jakaś dziwaczna, bynajmniej nie powodująca żadnych waginalnych skojarzeń maszyneria. Na odwrocie rebus - pięć utworów oznaczonych rzymskimi cyframi, które połączone ze sobą, składają się na tytuł tego wydawnictwa. Krótkiego, bo trwającego zaledwie 16 minet, przepraszam, minut. Na oficjalnej stronie myspace zespołu w zakładce gatunek, stoi jak byk - alternatywna/grindcore/hardcore. Mimo że grindcore'a tu raczej nie uświadczycie, jest w tym ziarno, by nie użyć słowa nasienie, prawdy. Pussy Lovers swój muzyczny punkt G osiągają generując brudny, pogięty alternatywny tlenek węgla, czyli po prostu czad. Kropka, dziękuję, dobranoc państwu. Skojarzenia ? Jeśli artystyczna hmmm, spuścizna Mike'a Pattona powoduje u was mokre sny, a fazę plateau osiągacie bujając się niespokojnie przy arytmicznej twórczości Today Is The Day, Jesus Lizard czy tez Primusa, to są właśnie dźwięki dla was. Po prostu noise. Energetyczna, podana z jazzowym niemalże wykręceniem, jazda bez trzymanki. 100 % spontanu, 0% plastiku, idealne odreagowanie na atakującą ze wszystkich stron tandetę. Pozostając w klimacie nazwy zespołu, mamy tu trochę eksperymentów na łonie psychodelii, do tego umiejętnie dawkowaną, metalową wręcz agresję, wystarczającą by wywołać burzę pod sceną, najlepiej w jakimś undergroundowym klubie w towarzystwie stroboskopów.
Można by pomarudzić nieco na produkcję czy tez angielski wokalisty, ale z drugiej strony po co? To nie rock progresywny, nie ma tu miejsca na wycyzelowane dźwięki, kaskady solówek i muzyczny onanizm w stylu Dream Theater. To po prostu zrodzony z odjechanych umysłów, idealny koncertowy łomot, pełen choroby i zgiełku współczesnej cywilizacji. My z naszej strony ochoczo przyklaskujemy i czekamy na pełnowymiarowy czasowo album.
Krzysztof Stachowiak
Recenzje płyt