
Czuję zaskoczenie. Spore zaskoczenie nawet. Jak dotąd miałam styczność wyłącznie z czystą pasją, która była ubierana w formę płyty, nazwy i koncepcje miały znaczenie drugorzędne. Tu tymczasem, jest koncept. I to od początku do końca! Nazwa grupy jest sprzężona z numerami, na niej oparta jest też cała filozofia bandu. Jak na debiut, to muszę przyznać intrygujące. Nie wiem czy najpierw chłopaki odkryły nazwę, czy też może najpierw trafili do muzeum tkactwa, albo byli na wystawie impresjonistów, ale … metafory mają niezłe. Jeśli lubicie, jak ja to mawiam ‘przerzutnie’ literackie i grę skojarzeń, to przesłuchaniu tej płyty będziecie niezłymi rzemieślnikami tkackimi, przynajmniej w teorii.
To rzeczywiście jest machina, której poszczególne tryby dają splot z góry zaplanowany. Rzewny, melancholijny, tęskny, w minor nastroju. Z wokalem na niezłym delay’u, ale tak naprawdę, bez tego FX-a obyć się nie mogło. To wyostrza jednak apetyt na bycie świadkiem spektaklu światła i dźwięku podczas koncertu. Nie wyobrażam sobie, żeby Panowie wpadli na scenę, podłączyli sprzęty i tak sobie po prostu odbębnili materiał. To by w ogóle nie pasowało do koncepcji. Nie wiem więc, świadomie czy nie, ale wpakowali się na własne życzenie na poziom, o który będą musieli zadbać. Coś na kształt Pink Floyd w wersji polskiej na koncertach – to minimum, jakiego oczekuję.
Wokal Marcina do całości pasuje jak ulał, bardzo fajne góry i klimatyczne szepty, gitary – fajnie pomyślane i fajnie zagrane, ale za rozjazdy w ‘Zobaczyć Jutro’ to bym zastrzeliła – ucho bolało!!! ‘Z Gwiazd’ – szatański numer! najbardziej tkliwy i romantyczny na całej płycie, ale też numer, który wymaga idealnego brzmienia, ma w sobie najwięcej powietrza. Momentami efekt zapięty na wokalu przywołuje niepotrzebnie skojarzenia z vocoderem Cher w „Believe”. Klawisze dopełniają brzmieniowo całość materiału, choć niektóre solówki Piotrka mnie drażniły, a niektóre barwy bawiły – były jak wycieczka do innej epoki.
Na całej płycie bardzo dużo oddechu i przestrzeni, dużo pastelowego środka. Kwintesencją świetnego współgrania wszystkich elementów jest dla mnie „Cyberfałsz” - genialne dojście do pointy numeru! Piękne skojarzeniowo nawiązanie do nazwy bandu, filozofii, numeru otwierającego płytę w finale numerem ‘Wrzeciono’. Godna pochwały konsekwencja, song jak przystało na finał zostawia niedosyt, który ma zaspokoić, jak mniemam, bonus.
No i w ramach bonusu radio edit numeru „Ptaki”. Potrzebny!? Miał trafić do stacji, więc się przydał, ciekawsza jest jednak wersja oryginalna – piękny wstępniak, trafia pulsem centralnie do serca i mam wrażenie, że tak chyba był pomyślany.
Katarzyna Jankowska
Recenzje płyt