Kochasz albo nienawidzisz. Ten truizm świetnie pasuje do twórczości poznańskiego Hope. Albo chłopaków kocha się za rewelacyjne amerykańskie pier***nięcie, albo właśnie za to nienawidzi, bo przecież są z Greater Poland a nie Florida State
Zanim jeszcze – kilka lat temu – dotarła do mnie muzyka Hope, o zespole już było głośno. A, że to ci, co to grają, jak krzyżówka Limp Bizkit z Deftones, że w ogóle nie warto, że się chłopaki Stanami zachłysnęły. Ludzie gadali, a oni swoje. Konsekwentnie, od koncertu do koncertu, od Epki „When The Patience End” z 2006 roku po debiutancki duży album „Join The Gang”. Efekt? Rośnie liczba tych, którzy Hope kochają, mnożą się i ci, którzy nienawidzą. A kochają Hope w Japonii, kochają w Czechach, kochają nawet w Rosji, gdzie zaprosili na trasę koncertową. Oczywiście, jak pojawiają się maruderzy, to tylko z Polski. Taka karma.
„Join The Gang” nie mówi o Hope niczego nowego, zespół piekielnie konsekwentnie podąża swoją drogą. No, chyba że – wpisując się z przymrużaniem oka w narrację oponentów – uczepimy się tego, że z krzyżówki Limp Bizkit i Deftones zrobił się trójkącik po włączeniu Cypress Hill. Ja jednak zespołu będę bronił. Wcale nie przez wzgląd na lokalny patriotyzm. Umówmy się, Hope gra przede wszystkim bardzo dobrze. Technicznie i brzmieniowo tam się wszystko zgadza tak na płycie, jak i na koncertach (gwarantuję). Ale muzyka zespołu, to nade wszystko potężny feeling. Jeśli ktoś kiedykolwiek miał gęsią skórkę przy wspomnianych Cypress Hill, będzie „We`re in diz sh*t” słuchał na okrągło, podnosząc rytmicznie raz jedno kolano, raz drugie do klaty. Bez dwóch zdań.
Muzyka Hope dedykowana jest przede wszystkim, jeśli nie tylko i wyłącznie, maniakom wszystkiego, co zawiera się w pojęciu metalu nowoczesnego. Kawałki takie, jak „It`s Like That” czy „Voice Of The Underground” z połamanymi riffami, mocną perkusją, skreczami, wykrzyczane, rapowane, przesterowane, brudne, zadziorne – to koncertowe morderstwa dla entuzjastów metalu przecedzonego przez szerokie spodnie. Hope to rapcore naprawdę wysokich lotów, zespół śmiało mógłby rozbijać się po niumetalowych salonach całego świata.
Podziwiam konsekwencję i pasję Hope, która wylewa się z tej płyty i każdego ich koncertu. Dla chłopaków te cztery litery: „H”, „O”, „P” i „E” stały się życiem. Dosłownie. Nie sposobem na, tylko życiem. They`re in diz shit for live. To słychać.
Paweł Boroń
HOPE, Join The Gang, CD 2010
Sprawdź:
Recenzje płyt
Komentarze
:lol:
nic dodać, nic ująć!
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.