Eliminacje 2012_1




artykuly Znani dla FZ "Zawsze można wymyślić coś nowego" - wywiad z Mariką

 

 

Marika to autorka tekstów i wokalistka spod znaku reggae, ragga, soulu, funk, muzyki dancehall i nu jazzu.  Supportowała takich artystów jak np. Macy Gray, Sean Paul i Gentleman. Debiutowała w 2002 roku, razem z soundsystemem Bass Medium Trinity. W 2008 roku wydała solowy krążek "Plenty", za który otrzymała nominację do Fryderyka.  W 2009 roku nominowano ją do Superjedynki jako Debiut Roku. Rok później wydała drugi solowy, dwupłytowy longplay "Put Your Shoes On/Off". Z Mariką rozmawialiśmy między innymi o: solowej i zespołowej działalności, koncertach oraz kondycji polskiego reggae. Zapraszamy do lektury!

 

Od kiedy w Twoim życiu pojawiły się dancehall i reagge? Od początku wiedziałeś że będziesz tworzyła właśnie taką muzykę, czy może wcześniej marzyłaś aby zostać drugą Kim Gordon, z gitarą basową w ręku?

To jest fajne pytanie. Szczerze mówiąc, kiedyś w ogóle nie przypuszczałam, że będę muzykiem, czy raczej artystą scenicznym związanym z muzyką. Zawsze coś mi grało w uchu, ale nigdy nie myślałam, że właśnie z tym będzie się wiązać moja zawodowa kariera.

W momencie wyboru studiów, bardziej pociągały mnie historie związane z teatrem, aktorstwem. O mały włos usiłowałabym dostać się do Akademii Teatralnej. Na szczęście to się nie ziściło. Dopiero potem zobaczyłam, że kompletnie nie mam talentu związanego z aktorstwem. Do tego trzeba potrafić się przełączyć, wejść w konkretną sytuację, być świetnym kłamcą.

Skończyłam polonistykę, obroniłam pracę związaną z teatrem. Poznałam chłopaków z Bass medium: Abselektora i Frenchmana i zaczęłam koncertować i po czasie, zaczęło to nabierać kształtów. W pewnym momencie to przestało być zabawą, a zaczęło wchodzić na drogi profesjonalizmu.

A Kim Gordon i granie na basie? Nie jestem dobrą instrumentalistką, ja sobie brzdąkam na wszystkim, ale równie dobrze można powiedzieć, że na niczym. Wolę się trzymać mikrofonu, bo to mi wychodzi najlepiej. Chociaż był kiedyś taki pomysł, by zagrać coś na przeszkadzajkach, powiedzmy solo na bongosach. Któregoś dnia to zrobię!

Przyznam, że czasem mam z tym problem - nie potrafię dobrze się skomunikować z moim zespołem, jeśli chodzi o terminologię muzyczną. Wszyscy muzycy w moim zespole czytają nuty i są pro, ja nie, jeśli o tę materię idzie.

Z drugiej strony historia różnych bandów i artystów pokazuje, że nie o skillsy i sprawność techniczną chodzi. Trzeba poruszyć słuchaczy, pociągnąć za sobą ludzi. Nigdy nie miałam ambicji, aby być jednocześnie instrumentalistką i wokalistką. Wydaję mi się, że już tak zostanie. Będę się zajmować tym, czym się zajmuję, czyli: graniem koncertów, pisaniem piosenek, wymyślaniem jakiejś wizji całości zespołu i prowadzeniem go. Wydaję mi się, że mam ze sobą świetnych ludzi i granie na instrumentach, mogę pozostawić im.

 

Żałujesz, że nie masz wykształcenia muzycznego?

Czasem myślę że to bardzo źle, że nie mam szkoły muzycznej, bo czegoś tam nie potrafię zrobić. Ale z drugiej strony mam całą masę przyjaciół, którzy skończyli szkoły muzyczne, a nie są czynni zawodowo. Niektórzy wiodą życie nauczyciela, które nie do końca im odpowiada. Im więcej wiesz, tym większą masz świadomość swoich braków czy świadomość, że robisz coś nieklasycznie, nieprawidłowo z akademickiego punktu widzenia. Kiedy wchodzisz na scenę, ta świadomość może ciebie przytłaczać. Wiadomo że nie chodzi mi o to, by nie mieć elementarnej pokory, czy samoświadomości. Ale na scenie nie możesz zastanawiać się nad tym, że czegoś nie potrafisz, albo że są lepsi artyści. Zawsze będą lepsi i zawsze znajdą się gorsi. Wiedza muzyczna czasem daje kompleks tego typu. Potrafi pomóc i potrafi też przeszkodzić.

Tak samo jest z polonistyką, którą skończyłam. Ilość bardzo dobrych rzeczy, które przeczytałam na polonistyce, sprawia że większość rzeczy, które napiszę trafia do kosza. Bywam z siebie totalnie niezadowolona, wydaję mi się, że to co piszę jest kompletnie grafomańskie i złe. Przeczytałam całą masę dobrej poezji i dobrej literatury - taki mam punkt odniesienia.

W którymś momencie trzeba dać sobie szansę i zaufać. Mam momenty kryzysowe, kiedy myślę „zajmij się lepiej tarciem chrzanu”, ale, kiedy dostaję wsparcie od fanów, którzy mówią mi, że moje utwory bardzo im pomogły w życiu myślę sobie: „może nie jestem Szymborską, nie jestem Marią Callas, ale mimo swoich niedoskonałości mam coś do przekazania i okazuje się to komuś potrzebne”. Dlatego chrzanić te kompleksy i rzeczy które ciebie blokują. Trzeba się rozwijać na tyle, na ile jest się w stanie rozwinąć.

 

 

W którym momencie swojej kariery zaczęłaś myśleć o tym, by stworzyć swój własny, solowy materiał? Co Ciebie zmotywowało do tej decyzji?

Już na etapie wydawania „Mówisz i masz” z Bass Medium Trinity, byłam związana ze składem Kameral, który tworzyłam z Miszą i Wilkiem. Wynikło z tego kilka numerów, które znalazły się na mojej pierwszej płycie. Były to na przykład „Wierzę w cuda”, „Stop” oraz „Just call”. To w ogóle nie jest reggae ani dancehall.

Do działalności solowej popchnęła mnie świadomość, że zrobienie eklektycznej płyty, która obejmuje wszystko, co interesuje mnie w muzyce, chłopców z Bass Medium kompletnie nie obchodzi. Bass Medium to był dancehall i modern roots. A ja chciałam pójść też w inne kierunki. Musiałam zrobić to na własną rękę, ponieważ upodobania muzyczne kolegów z Bass Medium kręciły się gdzie indziej.

W przypadku Abselektora to zawsze było: roots, reggae, dancehall - wszystko w okolicach muzyki jamajskiej. Frenchman zawsze był zaangażowany hiphopowo, interesowały go też okolice reggae i dancehall. Ja słuchałam również soulu, jazzu, funku, rzeczy w stylu Erykah Badu, Alicia Keys.

Miałam wrażenie, że w formule Bass Medium taka muzyka się nie mieści. Stwierdziłam, że muszę zrobić krok do przodu, wybrać własną drogę i tak właśnie zrobiłam. Wyprowadziłam się z Poznania z dnia na dzień. Wtedy okazało się, że nie mam pieniędzy, nie mam głównego producenta płyty, studia nagrań i wydawcy. Jednak jeśli ktoś jest zdeterminowany, tak naprawdę żadna przeszkoda nie stanie mu na drodze.

 

Jak różni się praca solowa nad materiałem od pracy w kolektywie?

Różnica jest zasadnicza. Właśnie pracujemy nad płytą z całą Spokoarmią, każdy dokłada swoje cegiełki. Mamy plany, żeby możliwie dużo było nagrane na setkę. Siedzimy w jednym pomieszczeniu, patrzymy sobie w oczy albo w uszy i generujemy energię w ciągu tylu minut, ile trwa dany numer. Nie nagrywamy poszczególnych elementów w stylu: „mamy dzień na nagranie kwestii perkusyjnych”. Nagrywając z jednym producentem, precyzja pracy może być lepsza, ale nie ma istotnej energii, chemii, rozmów.

Współpraca z jednym producentem ma zupełnie inny charakter, wymaga mniejszej ilości kompromisów. Praca w zespole daje frajdę – jest to różnorodne, bogatsze pomysłowo i dla mnie trudniejsze. W moim zespole, każdy słucha czegoś innego, ma inne podejście do muzyki. Z jednej strony to jest dobre, ale z drugiej strony to przekleństwo. Muszę dbać o to, by z wszystkiego nie wyszedł totalny groch z kapustą, żeby przyświecała nam wspólna idea. Przy tej swojej eklektyczności, cała płyta powinna bronić się jako całość.

 

W zespole jest Was wielu. Jak sobie radzicie przy podróżach na koncerty? Zdarzało się, że nie mieściliście się na jednej scenie?

Dlatego że jest nas wielu, jeździmy sporym busem. Wiążą się z tym ograniczenia, ponieważ nie możemy jechać za szybko, co ileś kilometrów musimy stawać. W busie jest nas 12, a na scenie 10 – dwóch gitarzystów, dwóch klawiszowców, dwóch perkusistów, dwa chórki, ja, no i akustyk, czyli Jackie Chan.

Ostatnio rozmawiałam z ojcem i powiedziałam mu: „Tato! Ja jestem szefową firmy, mam cały tabun ludzi, którym muszę szefować. To poważna sprawa”. (śmiech)

Na scenie przeważnie jest się trudno zmieścić. Czasami gramy coś w ograniczonym składzie, ze względu na to, że np. klub jest mały, scena jest za mała. To pociąga ze sobą konsekwencje, ponieważ do małego klubu nie przyjdzie tylu ludzi, żeby opłacić cały zespół. Gramy wtedy tak czy siak, ale tego nie lubię. To pełen skład daje największą frajdę, jest dla mnie optymalną sytuacją i muzycznie wszystko wychodzi nieporównywalnie lepiej.

 

Foto: Jan Szymański

 

Wolisz grać w tych mniejszych salkach, czy wolisz grać dla tysięcy słuchaczy, na przykład podczas festiwali? Czym różnił się Twój występ na Openerze, w porównaniu z Ostródą?

Lubię i to i to, to jest nieporównywalne. Na dużych imprezach jest fajnie, tylko że za daleko od ludzi. Na tych mniejszych, trudno pomieścić wszystkich chętnych. Ludzie są za to na wyciągnięcie ręki, można nawet uciąć sobie jakąś pogawędkę z kimś z publiczności. Ja się na takich scenach wychowywałam, zaczynałam od takich koncertów.

Na Openerze czułam innego rodzaju energię, niż na Ostródzie. Na Openerze publiczność jest bardzo różnorodna, natomiast na Ostródzie słuchacze to typowo fani reggae. To inny rodzaj odbiorcy, ale nie wiem gdzie jest lepiej, a gdzie gorzej. Na takie festiwale przychodzą ludzie, którzy kochają muzykę. Często grają tam niszowe zespoły, które nie przyjeżdżają np. na Dni Kluczborka, Łomży czy Radomia. To nie są muzycy, którzy błyszczą zębami z okładek „Faktu”, nie ma ich w telewizji, więc o ich występach wiedzą tylko zainteresowani.

Na koncertach w stylu „Dni Parzęczewa” są ludzie, ale w większości jest im wszystko jedno, kto tam gra i co leci. Byle by się lało piwko do plastikowego pokala i byle by była kiełbasa na grillu. To jest trudniejsza forma koncertowania. Tam kupują od razu jedynie artystów, których znają z telewizji. Bardzo często spotykam się z opinią: „nie podoba mi się, bo nie znam” (śmiech).

Festiwale muzyczne to sama frajda. Słuchacze przyjeżdżają tam po to, po co przyjeżdżają muzycy – dla miłości do muzyki. Żeby nie było wątpliwości. Kocham Łomżę. Takie są jednak realia „dni miast” wszędzie w Polsce.

 

Ostatnio można zobaczyć reggae w telewizji, w programach w stylu „X Factor”, „Must be the Music” czy „Voice of Poland”. Czy Twoim zdaniem reggae może się spodobać masom?

Wydaję mi się, że reggae może się podobać. Ta muzyka dobrze nastraja. Fajnie by było, gdyby podobała się masom, także w warstwie tekstu i przekazu.

Jeśli postrzegasz reggae jako muzykę, która przekazuje ciągle ten sam komunikat: o paleniu Babilonu, paleniu jonitów itd., szersza publiczność może podejść do tego, jak do jakiegoś kuriozum. Ja definiuję tę kulturę i tę muzykę jako muzykę z przesłaniem. Jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało, ale tak właśnie jest – przesłaniem miłości, szacunku wobec innego człowieka, jego odmienności, elementarnego poszanowania wolności, godności, piętnowania niesprawiedliwości i krzywdy społecznej. Według mnie, muzyka reggae mówi o tym, co jest w człowieku dobre. O tym, że w każdym momencie można zmienić swoje życie, o tym że mamy mnóstwo możliwości. Pokazuje, że trzeba dobrze żyć, żeby mieć frajdę z tego co dzieje się tu i teraz. Dla mnie reggae to muzyka, która buduje wiarę w człowieka.

Bardzo bym sobie życzyła żeby taki przekaz dotarł do szerszego grona. Nie wszystkie gatunki muzyczne wyróżniają się tak dobrym przesłaniem, tak pozytywnym komunikatem skierowanym do słuchaczy. Natomiast czy to możliwe? Jestem idealistką, więc myślę że tak.

Zawsze znajdą się ludzie, których będą kręcić teksty: „Dadadada, ja nie kocham ciebie, ty nie kochasz mnie” (śmiech). Albo po prostu piosenki o niczym, bo niektórzy potrzebują muzyki, która wpada do ucha, ale nikogo nie angażuje. Wydaję mi się jednak, że teraz w kulturze coraz więcej ludzi poszukuje czegoś, co ich właśnie zaangażuje.

Mamy niesamowitą ilość mediów, muzyki, filmów, książek. Jesteśmy bombardowani informacjami w stylu: „daj pieniądze na schronisko dla psów”, „daj na głodujące dzieci w Somalii”, „posłuchaj, obejrzyj koniecznie!”. Ludzie nauczyli się nie angażować, dystansować i od wszystkiego się odcinać. Mimo to, każdy z nas tak naprawdę potrzebuje jakiegoś zaangażowania emocjonalnego. O to również, a może przede wszystkim, chodzi w kulturze.

Byłam niedawno na koncercie artysty, który gra muzykę, której byś nigdy ze mną nie skojarzył. Ten artysta nazywa się FINK. Okazuje się, że nieznany szerzej muzyk, przyciągnął tylu polskich słuchaczy, że koncert musiał być przeniesiony do większego klubu. To bardzo mało komercyjna muzyka, nie słyszałam jej w żadnym radiu. To, co jest w niej atrakcyjnego, to że słuchasz płyty i masz wrażenie, że facet siedzi koło ciebie z gitarą i wyśpiewuje swój ból, żal, swoją miłość, radość. To jest autentyczne i to porusza. Mimo tego chaosu, w którym żyjemy, ludzie zawsze będą potrzebować czegoś angażującego.

 

Foto: Lucas

Czy Twoim zdaniem, w takim gatunku jakim jest reggae, można wymyślić coś nowego?

Zawsze można wymyślić coś nowego. Nawet jeśli przyjmiemy do wiadomości, że wszystko już było, że jesteśmy w stanie tylko brać to co zostało już stworzone. Można kompilować z tego jakieś nowe wartości, robić jakiś kolaż, robić od tyłu to, co ktoś robił od przodu. To jest zawsze twórcze i ciekawe.

Co się stało z dubstepem, który tak pięknie rozkwitł i namieszał? Wszyscy się w nim zakochali. To muzyka, która w najgłębszej genezie sięga dubu i wyrasta z kręgu reggae. Wydaję mi się, że co jakiś czas, będzie wyrastało coś nowego.

Swoją drogą myślę że reggae, jakkolwiek byś nie uważał że jest wtórne i schematyczne, jest jednak tak fajnym, pełnym urody gatunkiem, że mimo swej prostoty, nigdy się nie skończy.

Myślę, że łączenie jamajskich klimatów, z europejską muzyką klubową, jest świeżym podejściem. Dancehall tak ewoluuje, że w niektórych punktach ja przestaje to ogarniać. Momentami nawet przestaje mi się to podobać, kiedy to idzie w kierunku popu, dyskotekowości. Choć nie jest też tak, że skreślam pop jako taki. Bo jest pop i pop.

Dancehall z lat 90., na którym się wychowałam, ma niewiele wspólnego z tym dancehallem, który powstał w ciągu ostatnich 5 lat. W tym momencie często autotune rządzi, a bicik jest rodem z remizy. Czasem przekonanie wielu moich kolegów, że dancehall to takie jamajskie disco polo, znajduje swoje uzasadnienie (śmiech). W każdym razie ewolucja zawsze jest możliwa i nie widzę ku temu przeszkód.

 

Pracujesz także jako dziennikarz radiowy, orientujesz się jaka jest kondycja młodej, polskiej sceny dancehall i reggae. Czy uważasz, że jest ona godna uwagi? Dorównujemy poziomem do tego, co jest za naszą zachodnią granicą?

Wydaję mi się, że nasi koledzy Niemcy i Francuzi zawsze będą mieć lepsze zabawki, dostęp do lepszego sprzętu. Oni mają lepsze zaplecze finansowe, a poza tym odpowiednie wsparcie, od np. lokalnych domów kultury. Kultura jest tam wspierana inaczej niż u nas. Dzięki temu mają więcej pieniędzy na np. studia nagrań.

Polskie młode zespoły reggae, często muszą iść na ugodę, walczyć z wieloma przeciwnościami losu. Również z tym że taka muzyka, przynajmniej do tej pory, była kompletnie ignorowana przez media. Teraz, dzięki tym programom w stylu „Mam talent”, może faktycznie coś się ruszyło.

U nich przenikanie się czarnej kultury (bo przecież reggae to czarna muzyka), ma dłuższą tradycję niż u nas. Przecież w Niemczech i Francji jest nieporównywalnie więcej jamajskich i afrykańskich imigrantów. Polska była przez lata mocno zamknięta i ksenofobiczna, granice nie były tak otwarte jak teraz. Poza tym, nigdy nie byliśmy kolonizatorami.

Reggae, dancehall i rap we Francji jest na zupełnie innym poziomie i ma zupełnie inny status niż w Polsce. Tam takiej muzyki jest cała masa, regularnie słychać ją w stacjach radiowych, ma ugruntowaną pozycje.

Im lepiej ugruntowana pozycja, tym lepiej sobie radzą artyści. Pojawia się naturalna konkurencja, która prowadzi do podnoszenia skillsów i to jest zdrowa sytuacja. Mimo, że polska scena reggae istnieje od lat, profesjonalizm pracy który jest na zachodzie, u nas dopiero raczkuje.

Mimo to, sytuacja stale się polepsza. Taki festiwal jak na przykład Ostróda, bardzo się rozrasta. Przyjeżdża na niego około 10 tysięcy ludzi, to naprawdę nabiera kształtów. W Polsce grają największe gwiazdy, artyści o których kilka lat temu mogliśmy tylko i wyłącznie pomarzyć. Odwiedza nas zagraniczna publiczność, cały czas coś się dzieje...

 

 

Co w polskiej muzyce reggae i dancehall mamy wyjątkowego, czym możemy się pochwalić?

Od wielu moich kolegów z Francji i Niemiec słyszałam, że nawijka po polsku brzmi dobrze. Nasz język jest według nich śpiewny. Pamiętam, że w 2006 roku nagrywaliśmy płytę „Polski ogień”, na riddimach stworzonych przez niemiecką wytwórnię Germaican. Ci ludzie stwierdzili, że język polski brzmi ich zdaniem lepiej niż niemiecki. Wydaję mi się, że śpiewanie reggae po polsku wcale nie jest głupim pomysłem. Mimo że nasze dusze są słowiańskie, jest u nas bardzo dużo zespołów reggae i bardzo dużo słuchaczy. Jesteśmy w pewien sposób europejskim fenomenem. Wiele osób mówiło mi także, że nie przypuszczało, że w Polsce może być tak dobra i liczna publiczność.

 

Mogłabyś polecić muzykę jakichś młodych polskich artystów, których poznałaś pracując w radiu?

Ostatnio SmokeDaCrackOFF. To są ludzie z Krakowa, w tym zespole śpiewa niejaka Kasia Malenda. To moje ostatnie odkrycie. Nie spodziewałam się, że spotkam na swej drodze tak utalentowaną, znakomicie śpiewającą dziewczynę. Jej warunki głosowe są niesamowite, bardzo polecam ich ep.

Jakiś czas temu wyszła płyta Rastasize. To jest projekt Krystiana Walczaka, który sobie wymyślił, że nagra album w legendarnym studiu „Tuff Gong” Boba Marleya. Polacy dostali wsparcie od jakiejś instytucji i dzięki temu, mogli polecieć na Jamajkę. Weszli do studia, współpracowali z najznakomitszymi muzykami w historii reggae i nagrali płytę, która brzmi jak stamtąd. To znakomita płyta.

19 lutego wyszedł album Marlene Johnson & The Riddimz. Polsko-niemiecki (za sprawą wokalistki) projekt. Polecam płytę „Truth”.

Cały czas się u nas coś dzieje, chociażby na festiwalu w Ostródzie, co roku jest konkurs dla młodych zespołów, które się pojedynkują. Pamiętam, że zanim popularność zyskał Jamal, Miodula śpiewał w innym zespole, który właśnie zaczynał od tego konkursu w Ostródzie.

 

Dzięki za wywiad!

 

Pytania: Jakub Sommerfeld, Artur Kasprzyk

Foto:www.facebook.com/MarikaOfficial


Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Znani dla FZ

FZ tworzy:5132 zespołów
25660 muzyków
Dodaj zespółZnajdź zespół
 

Przeczytaj również...

Marika to autorka tekstów i wokalistka spod znaku reggae, ragga, soulu, funk, muzyki dancehall i nu jazzu.  Supportowała takich artystów jak np. Macy...
Pono działalność artystyczną rozpoczął w 1996 roku. Jest członkiem formacji ZIP Skład, Zipera i TPWC. Pierwszy solowy album zatytułowany "Hołd" wydał w...
Jarek Janiszewski - wokalista i kompozytor kultowej Bielizny oraz założonej razem z członkami Big Cyca formacji Czarno-Czarni. Konferansjer i autor...
Które z ostatnich wydarzeń nadaje się na utwór Big Cyca?  Co Dżej Dżej myśli na temat walki z piractwem? Czy młodym zespołom brakuje luzu? Co radził...
Dlaczego musieliśmy czekać na nową płytę aż 10 lat? Jak Lombard podchodzi do nowych trendów w muzyce? Jakie pokusy czyhają na muzyków? Co zespół sądzi o...
Choć zespół Video istnieje zaledwie od kilku lat, zdążył już na dobre zagościć w świadomości polskich słuchaczy. Ich single bardzo często goszczą na...
Czym różni się solowa praca od pracy w zespole „Łzy”? Co Ania Wyszkoni myśli o programach w stylu „X Factor”? Jakie są jej wrażenia z występu na...
Czy media po nowym krążku bardziej interesują się Sobotą? Dlaczego "Gorączka sobotniej nocy" sprzedaje się lepiej niż "Sobotaż"? Skąd wziął się pomysł...
Tomasz Budzyński o "Soul Side Story", filmie "Podróż na Wschód", Facebooku, sznurówkach Roberta Brylewskiego i tajemniczych lądowaniach UFO w Polsce....
Łąki Łan zadziwiają wszystkich nie tylko muzyką, ale i scenicznym wizerunkiem. Zapraszamy do przeczytania wywiadu!                 ...

Partnerzy

Przystanek Woodstock FestivalIzabelin StudioJedynka Polskie RadioINVESTcon GROUP S.A.OwsiakNet.pl - Portal Pozytywnych InformacjiFundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy
Salony Muzyczne RIFFPolsoundAplauz AudioCopernicus Center FundationESS Audio

Współpracujemy z...

Dla StudentaKlub FABRIKA PoznańRadio RevoltaRadio PiKTABASCO - Event Marketing i Produkcja Telewizyjnaserwis MuzaNowa.plCentrum Kultury RotundaBasheshPepsi RocksRockMetal.pl